SZPALTA W AUSTRALII – ZRÓB MI DOBRZE, SYDNEY

Autor: data: 30 Wrzesień, 2015 Miejsca

Cześć Sydney, zrób mi dobrze. Doprowadź mnie do orgazmu albo spraw chociaż, żebym zdołała cię polubić. Bo znienawidzić zdążyłam w kilka godzin.

20150910_174305

George Str. w godzinach szczytu jest nieznośna. Miszmasz kolorów skóry, bajlandia indywidualności, czekoladopodobne produkty ludzi stworzonych przez marki; te znane i te mniej znane. Jedno jest pewne. Cios w ramię torbą Louis Vuitton boli tak samo, jak torbą marki bez marki. Skrobnięcie w piętę butem Emu czy UGG rani stopę tak samo mocno, jak kopnięcie zwykłym Kubotem. W takim razie co różni Sydney od innych miast? Albo ogólniej – co odróżnia Australię od reszty świata? Wszystko i nic. I właśnie tu pojawia się problem. Bo z niczego zaczyna się wyłaniać coś. Z początku trudne do określenia, potem coraz wyraźniejsze. To coś to pycha i unoszące się w powietrzu pełnym spalin poczucie, że mieszkańcy Australii mogą więcej.

Ogień zapłonął

Wszystko przez Blue Mountains. Albo nie – przez Stuarta. Tak, to zdecydowanie jego wina. Schodziliśmy w dolinę krętymi schodami wykutymi w skale pośród gęstego lasu, kiedy nagle opowiedział legendę o Trzech Siostrach z aborygeńskiego plemienia…

A zresztą, nieważne. To nie na teraz. Tę historię warto zostawić na chłodniejszy wieczór, kiedy napalimy w kominku. Szczególnie że duchy Meehni, Wimlah i Gunnedoo chyba powędrowały za mną z Sydney do Cairns. Nocami, kiedy nie mogę zasnąć, dzieją się dziwne rzeczy…

Wracając do tematu… Stuart , przewodnik, młody mężczyzna z maleńkim dzieckiem i żoną czekającymi w domu w Sydney, zaszczepił we mnie potrzebę poznania historii Australii.  Wspomniał o Sydney. Dosłownie napomknął dwoma słowami i tylko tyle wystarczyło, żeby rozpalić iskrę. A potem poszło samo.

Nieznośna trudność bytu

Kiedy rolety szeleszczą, a za ogromnym plastikowym oknem pokoju na trzecim piętrze hostelu Wake Up neon z napisem „Randezvous Studio” nie pozwala zasnąć,  wstaję od laptopa i wyglądam na George Str.. Nawet nocą Sydney nie śpi… Nawet nocą bardziej martwię się o psa, niż jego właściciela. Bo pies, nawet ubrany w męską koszulkę i okryty kurtką, może zmarznąć. Może być głodny. Spragniony. Tyle złych rzeczy może stać się bezdomnemu psu w tym mieście, że aż przechodzą mi po plecach ciarki.

20150910_183434

Wracając do miasta.

Sydney to nieoficjalna stolica Australii. Metropolia.  Z milionem ludzkich postaw. Dwoma milionami sposobów patrzenia na świat.  I ideą wielokulturowości, napierającą na człowieka z każdej strony.

To także  miasto bogatych. Miasto, w którym ludzie robią kariery; oddychają szybko, napędzani tym, czego nie ma w Queensland, zachodniej Australii czy na  północnym terytorium – rywalizacją.

Obok tego wszystkiego znane na całym świecie widoki: fontanny sztucznych ogni tryskające w Nowy Rok, niezapomniany koncert Abby, który można oglądać w  nieskończoność; Opera wpisana na listę UNESCO; zabytkowy Oueen Victoria Building z luksusowymi butikami; most  Sydney Harbour Bridge z flagami Australii powiewającymi dumnie na szczycie…

A tak naprawdę Sydney to wielki potwór, koń trojański, podstępny i gotowy Cię połknąć. Tu, jak zresztą w całej Australii, nie bierze się jeńców. W kościołach protestanckich i kaplicach gotowych na przyjęcie każdej religii, nawet kiedy biją dzwony, nie daje się prawdziwego rozgrzeszenia.

Może dlatego właśnie nie zdołała zadziałać między nami dobra chemia.

Co ty wiesz, a co wiedzą oni

„Help please, anything will be very appreciated. Thank You”.  Młody mężczyzna ubrany w sportowe ciuchy siedzi na rogu Goulburn Str. i George Str.. Ma ze sobą psa, a pies ma miskę, w którą ktoś włożył kość. Robię im zdjęcie, sądząc że mężczyzna tego nie zauważy. Zauważa. Spogląda na mnie, a z jego oczu da się wyczytać pytanie „no i co masz zamiar z tym zrobić?

Nie wyrabiaj sobie za szybko opinii. Nie oceniaj. Po prostu patrz. Przez dwa miesiące pobytu w Australii nie zrozumiesz niczego…

Jaką historię opowiesz o mnie światu? Czy napiszesz to, co powiedzą  ci ludzie z opieki społecznej albo emigranci z Polski? Czy jako narratorka mojego losu w swoim reportażu pokażesz mnie jako nieudacznika albo ofiarę systemu? A może jestem jednym i drugim?”.

– Nie wyrabiaj sobie za szybko opinii. Nie oceniaj. Po prostu patrz. Przez dwa miesiące pobytu w Australii nie zrozumiesz niczego – powiedział Polak, z którym rozmawiałam na temat Australii.

Co innego jednak radzą w przewodniku „Culture Shock! Australia”. Piszą tam, że pierwsze wrażenie, powinno być tym najważniejszym, które ugruntuje całokształt podejścia do Australii. Bo w tym kraju jest tak, że albo płyniesz z prądem, żyjesz łatwo, cieszysz się i narzekasz na to, że się cieszysz, albo uciekaj, bo poczujesz zapach krwi, unoszący się w powietrzu lasów deszczowych, gór i miast, takich jak Sydney.

Chcę uciekać. Ale zanim to zrobię, wracam do mężczyzny na rogu i wrzucam mu dwa dolary. Moneta brzęczy, a on podnosi głowę. Odchodzę, czując na plecach jego wzrok. Pies śpi. Ubrany w bluzę i otulony kurtką, wygląda jak dziecko. To jest jego wybór. Jego decyzja.

Australia jest rajem. System pomocy i benefitów jest tu ogromny. Nie ma bezdomnych z konieczności. Są tylko ci z wyboru, którzy pieniądze które dostają co tydzień, wydają w ciągu jednego dnia.

– A na co mogą wydać?

– Wystarczy, że pójdą do McDonalda, Głodnego Jacka albo kupią alkohol. I już nie ma tych trzystu czy czterystu dolarów – mówi Polka, która mieszka z mężem w oddalonym o tysiące kilometrów Cairns. Są tu od trzydziestu lat. Przyjechali, bo chcieli być wolni. Tak mówią. Ale przecież nigdy nie wiesz, gdzie jest granica prawdy. Nie w Australii. Tu każdy ma swoje dwa światy – ten, w którym żyje i ten, który chce pokazać innym.

Rogal francuski

20150911_083034

Kiedy wstaję rano neon „Randezvous Studio” już nie świeci. Zbieram rzeczy i idę na spacer. Chcę wrócić na skrzyżowanie i zobaczyć czy mężczyzna już tam jest. Gdy docieram na miejsce, nigdzie go nie widzę. Zawiedziona, zawracam i wstępuję do francuskiej brasserie. Po drodze kupuję aktualne wydania „The Sydney Morning Herald” i „The Australian”. Na rozkładówce jednej informacja o aresztowaniu znanego Australijczyka przez FBI, na drugiej duże zdjęcie księdza i artykuł o tym, jak udało mu się uciec z Syrii i znaleźć schronienie w Australii. Nic specjalnego, medialna codzienność. A jednak.

Gazeta w połączeniu z kawą i francuskim rogalem, zerkanie przez ogromne okno na tłum ludzi śpieszących do pracy, gwar, szum i odgłosy klaksonów, zaczynają smakować. Zaczynają mieć swój zapach, swoją gęstość, jakby po nocy wszystko stawało się bardziej pozytywne. Mimo to nadal nie lubię Sydney. Nadal chcę uciec, bo zapach krwi chwilami bywa nieznośny. I mężczyzna z psem może być ofiarą, a nie winnym.

Wyjmuję książkę kupioną wczoraj w ogromnej księgarni Dymocks. Zabieram się do czytania. Kelnerka przynosi śniadanie do stolika obok. Zapach kawy mile łechce mój nos. W „The making of Australia” czytam o Thomasie Townshend, znanym jako Lord Sydney. To on założył kolonię karną przy Zatoce Botanicznej i na jego cześć miasto nazwano Sydney. To tutaj, ze względu na położenie blisko oceanu, zaczęła funkcjonować kolonizacyjna machina, która zniszczyła Australię taką, jaką była pierwotnie.  Im dłużej czytam, tym zapach krwi staje się bardziej nieznośny. Tysiąc, dwa tysiące lat temu, Australii nie było. Była ogromna wyspa, obca i niezależna, zróżnicowana i piękna.

Najstarsza kultura świata, pełna legend, mistycznych pieśni i duchów przodków, którym oddawano cześć, zamieniła się dziś w miejsce pełne pustych sloganów sprzedawanych rzeszom turystów z Azji czy Europy. Cepelia zmysłów. Bangladesz rozmaitości.

Bezmyślność z jaką przyjezdni  przyjmują to co im oferują spadkobiercy kolonizatorów, przytłacza. Dlatego wzbraniam się jak mogę przed zrobieniem sobie zdjęcia na tle Opery. Jest piękna, owszem. Jest potężna. Jest wizjonerską budowlą, która zasłużyła na wpisanie jej na listę UNESCO.  Ale jest też symbolem wszechobecnego konsumpcjonizmu, w którym nie ma miejsca na historię ludożerców z aborygeńskich plemion. Zastępuje ją nieznośna lekkość bytu i tymczasowość życia, w obliczu których łatwiej zrzucić winę na bezdomnego mężczyznę z psem, niż wsłuchać się w to, co mówią jego oczy.

Dlatego jeśli zapytacie mnie o Sydney, pokażę wam maleńką książeczkę „Aboriginal The Stories Of Australia”. Otworzę ją na pierwszej lepszej stronie i zacznę czytać jedną z legend. Na przykład o Meehni, Wimlah i Gunnedoo, które zaklęte w skały kilkadziesiąt kilometrów od Sydney, w górach Blue Mountains, czekają na kogoś, kto zdejmie z nich urok i pozwoli wrócić do życia.

20150911_112316

Dziękuję firmom No Limit Adventures i Zepher Tours za pomoc w realizacji materiału.  Dziękuję Stuartowi za pasję, z jaką opowiadał o Sydney i Aborygenach. I Konradowi za cierpliwość.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”

  • „– Nie wyrabiaj sobie za szybko opinii. Nie oceniaj. Po prostu patrz. Przez dwa miesiące pobytu w Australii nie zrozumiesz niczego…” – jestem ciekaw czy faktycznie, każdy z nas (Polaków), kto odwiedza Australię, dochodzi do analogicznego wniosku. I czym tak naprawdę jest to spowodowane? Czy to nasz całkowity brak dystansu do siebie? Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś o tym przekonać się osobiście.

    A tak na marginesie – gratuluję lekkości pióra i umiejętności narysowania wycinka świata w jakby nie patrzył, dość krótkim tekście.

    • Sandra Borowiecka

      Ciężko się tu próbuje zrozumieć ludzi. Ten dystans, ta pozorna lekkość życia, są równie męczące co Polskie ‚nie mam na chleb’.

      • Miśka

        dokladnie tak widze Australie. Niedlugo bedzie drugi miesiac, ale nie sadze zeby sie cos zmienilo.
        Mysle ze kazdy, kto pyta „jak” i patrzy w historie miejsca, bedzie mial wlasnie takie wrazenie po krotszym lub dluzszym pobycie.

        • Sandra Borowiecka

          Nawet pani nie wie, jak się cieszę że moja opinia, dość skrajna i kontrowersyjna, jednak się zgadza!