WYZYSK POLSKI. JAK MŁODZI POLACY SĄ WYKORZYSTYWANI PRZEZ SYSTEM

Autor: data: 6 Czerwiec, 2017 Ludzie

Wygląda na to, że jestem zainteresowana tą pracą. Nie mam przecież innego wyjścia, muszę z czegoś żyć, nawet jeśli wolałabym lepsze stanowisko w innej firmie, bardziej odpowiadające moim kwalifikacjom. Dobrze, mogę zacząć od jutra, ale zapomniałam zapytać, jaka stawka za godzinę.

Tekst 3

– Ile? Może pani powtórzyć?

– 7 złotych brutto, czyli około 6 złotych na rękę, umowa zlecenie, a po miesiącu umowa o pracę.

– A z umowy o pracę to ile?

– 1200 zł do ręki, ale ma pani składki i ubezpieczenie, przecież to już coś, gdzie indziej wcale nie dostanie pani więcej.

Zasada 1 – nigdy nie jeść przystawek i lepiej o nic nie pytać

Grudzień 2011. Wchodzę do dużej restauracji w centrum Warszawy. Jedna z wielu w stolicy, należąca do znanej firmy mającej ogromne udziały w rynku gastronomicznym. Postrach partnerów, urzędników sanepidu i dostawców. Boją się ich wszyscy, a oni nikogo. Wchodzę do lokalu przez zimowy ogródek od strony ruchliwego skrzyżowania i pytam o managera. Czekam kilka koszmarnie samotnych minut. Wychodzi do mnie młody mężczyzna koło trzydziestki, w białym, nieco spranym fartuchu, jak z prosektorium. Nawet dzień dobry nie odpowiada, tylko oschle pyta, o co chodzi.

Staram się wytłumaczyć co i jak, wyciągając w jego stronę bieluśkie CV. Udaje że nie widzi świstoliny w moich rękach, do tego w trakcie rozmowy zamiast patrzeć na mnie, gapi się gdzieś, hen ponad moją głową, jakby był znudzony już samym staniem i czekaniem aż skończę mówić. Nie zraża mnie tym jednak – każdy może mieć przecież gorszy dzień, być zmęczony, nie zaliczyć panienki, nie dostać premii, mieć bolący ząb albo Bóg jeden wie, co jeszcze. Jedyne pytanie jakie mi zadaje, dotyczy tego czy mam doświadczenie w pracy w gastronomii. Nie, nie mam. Nie szkodzi, nie ja pierwsza, nie ostatnia. Mam przyjść następnego dnia rano. Zgadzam się, chociaż nie wiem ani nic o tym, jakie stanowisko mogę objąć, ani za ile, ani w jakim wymiarze godzin. Pewnie dowiem się jutro. Pewnie.

Po kilkudziesięciu minutach, dowiaduję się od pracowników, że o żadnej umowie nie ma mowy. Większość, jeśli nie wszyscy, pracują tu na czarno. Nikt nie wytłumaczy mi co mam robić, sama muszę się pytać i dowiadywać. Żeby zarabiać, muszę zdać egzamin ze znajomości karty menu i win. Kto mi da materiały do nauki? Sama muszę je zdobyć. Na razie, czyli przez około tydzień, będę się uczyła, czyli za friko pomagała innym kelnerom.

Następnego dnia rano wita mnie zupełnie inna szefowa. Zagania mnie do pomocy jakieś kelnerce, jak krowę do obory, rozkazując tamtej, że ma mnie uczyć. Widać takie tu mają zwyczaje, że nowych pracowników traktują jak stęchłe powietrze. Zapomniałam dodać, że pani manager z poziomu lady chłodniczej oznajmia mi, że mój dzień próbny trwa od rana do wieczora. Osiem godzin fizycznej pracy za darmo? A kto wyjaśni mi co dalej? Jakie są warunki? Gdzie umowa?

Po kilkudziesięciu minutach, dowiaduję się od pracowników, że o żadnej umowie nie ma mowy. Większość, jeśli nie wszyscy, pracują tu na czarno. Nikt nie wytłumaczy mi co mam robić, sama muszę się pytać i dowiadywać. Żeby zarabiać, muszę zdać egzamin ze znajomości karty menu i win. Kto mi da materiały do nauki? Sama muszę je zdobyć. Na razie, czyli przez około tydzień, będę się uczyła, czyli za friko pomagała innym kelnerom. Zarobki są uzależnione od obrotów restauracji. Żadnej podstawowej pensji, tylko napiwki i prowizja od rachunku klientów. Napiwkami trzeba się dzielić z chłopakami, którzy noszą dania i kobietami ze zmywaka; jakieś piętnaście – dwadzieścia złotych dziennie. A co jak nie mam danego dnia napiwków? Wykładam z własnej kieszeni. Istny haracz. Płać albo giń. A, i bardzo ważna rzecz. Nigdy, przenigdy, nie wolno mi jeść darmowych przystawek podawanych klientom – nie, nie dlatego, że są liczone, ale dlatego, że lodówki od jakiegoś czasu nie mrożą. Łatwo o zatrucie, tak samo jak przy kilku innych daniach, które zanim zamówię sobie na obiad, powinnam skonsultować z szefem kuchni, żeby upewnić się, że przygotowano je ze świeżych produktów.

Nigdy, przenigdy, nie wolno mi jeść darmowych przystawek podawanych klientom – nie, nie dlatego, że są liczone, ale dlatego, że lodówki od jakiegoś czasu nie mrożą.

Pracuję więc jak chińskie dziecko. Jeden dzień, potem drugi, trzeci. Okres świąt to czas wielkiego ruchu. Od wczesnego popołudnia długie kolejki gości tłoczą się przed wejściem. Restauracja, ze względu na niskie ceny, jest bardzo oblegana. Specyficzny, nerwowy klimat panujący wśród kelnerów, udziela się i mnie. Trwa walka o klientów. O napiwki. O zamówienia. Każdy z nas próbuje coś zyskać, zarobić więcej, przynieść mniej kufli z piwem albo nabić zamówione danie na swój rachunek, zamiast na rachunek kelnera, który obsługuje dany stolik. Kelnerki w moim wieku noszą na raz po pięć, sześć, litrowych kufli z piwem, z parteru na drugie piętro, z drugiego piętra na parter. I tak w kółko. A jak któryś kelner stłucze talerz czy kieliszek, to musi za niego zapłacić. To samo przy czyszczeniu talerzy przed oddaniem do zmywania – sztućce należy wyłowić z talerza pełnego resztek, a potem nie myjąc rąk, wracać do obsługi kolejnych gości.

Restaurację trzeba posprzątać raz albo dwa razy w tygodniu. Kelnerzy i kelnerki po całym dniu pracy zostają do późnej nocy, żeby pomyć podłogi, stoły i schody, inaczej nie mają po co przychodzić następnego dnia do pracy – zostaną wykluczeni i zniszczeni przez kolegów kelnerów, zgodnie z zasadą jeden dla wszystkich, wszyscy na jednego.

Wytrzymałam ten cały trzeci dzień i pod pretekstem konieczności douczenia się karty menu, zwolniłam się do domu. Kelnerka, z którą pracowałam, wcisnęła mi na odchodne część napiwku ze swojej dniówki, czyli jakieś 40 złotych. Za trzy dni pracy zarobiłam więc te 40 złotych, które wydałam następnego dnia na maści i leki przeciwbólowe na ból kręgosłupa. Nigdy więcej nie wróciłam do tej restauracji i nawet nie spodziewałam się, że ktoś stamtąd będzie próbował dowiedzieć się, dlaczego. Nie wiedzieli przecież ani jak się nazywam, ani jaki jest mój numer telefonu.

Zasada 2 – łapać złodzieja, nie dać mu uciec, za wszelką cenę zatrzymać go w sklepie

Wrzesień 2012. Sklep z ubraniami, znanej zagranicznej sieci odzieżowej. Tu rozmowa w sprawie pracy wygląda zupełnie inaczej. Siadam na zapleczu z managerką sklepu, wypytuje mnie szczegółowo o doświadczenie, o umiejętności w zakresie obsługi klientów, znajomość języków. Zupełnie jakbym aplikowała na stanowisko dyrektorki sklepu albo szefowej zmiany. Tymczasem chodzi o zostanie sprzedawczynią czy – jak to się teraz mawia– specjalistą do spraw obsługi klienta, a w sklepach tej marki po prostu bezosobowo pracownikiem działu kasjer/ sprzedawca. Podczas rozmowy mogę dokładnie wypytać o umowę, wynagrodzenie i czas pracy. Umowa zlecenie, na okres próbny, czyli około trzy miesiące, później umowa o pracę, o ile zdecydują, że chcą żebym została (chodzą plotki, że po trzech miesiącach zwalniają i wymieniają personel na nowy, żeby pozbyć się kosztów umów o pracę). Do umowy potrzebne będą badania, które muszę wykonać niezwłocznie według ich procedur. Czas pracy jest różny, w zależności od grafiku; czasem sześć godzin, czasem pięć, a w niektóre dni dwie albo trzy. Sama mogę decydować ile chcę pracować, a przez to ile zarobię. Stawka za godzinę około 8 złotych na rękę. Wyliczam, podliczam i wychodzi mi, że za miesiąc pracy, mogę dostać około 1200 zł. Koszmar? Wcale nie jest najgorzej, mimo że praca ciężka – rozładowywanie dostaw ubrań, sprzątanie sklepu, roznoszenie dziesiątek ubrań z przymierzalni po całym wielkim salonie mającym dwa poziomy, a do tego codzienne polowania na złodziei, rodem z westernów. W sklepie pracuję dwa dni i zarabiam 98 zł, które przychodzą przelewem na moje konto miesiąc później.

Zasada 3 – być mądrym, zarabiać jak idiota

Styczeń 2013. Księgarnia w centrum warszawy, właścicielem jest ogromna sieć księgarń, znana z niezłych rabatów na książki. Dzwonię, umawiam się z szefową na spotkanie. To pierwsze miłe spotkanie w sprawie pracy, jakie pamiętam. Szefowa księgarni jest sympatyczna, inteligentna, oczytana i… cholernie zmęczona. Całkiem szczerze tłumaczy mi, jakie są warunki pracy – mogę mieć umowę o pracę i nie ma z tym problemów, czas pracy to osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu, grafik ustalany z miesięcznym wyprzedzeniem – wszystko brzmi naprawdę dobrze. Ale… no właśnie, zawsze musi być jakieś ale. Stawka za godzinę to 7 złotych brutto (około 6 złotych netto), a nawet przy późniejszej umowie o pracę zarobię maksymalnie 1200 zł miesięcznie na rękę i podobno to wcale nie jest najgorzej w porównaniu z konkurencją. Raz na trzy miesiące pracownicy dostają premię uzależnioną od sprzedaży – mówi szefowa, jakby chciała mnie tym pocieszyć. Jakiej wysokości? Jak dowiaduję się przypadkiem od pracowników, około 500 zł na osobę, czasem mniej, czasem parę groszy więcej. Ach, cóż to za zawrotna kwota! Z wrażenia pośladki przyklejają mi się do siedzenia, a oddech zdaje się urywać, jakby nawet powietrze w tej księgarni miało swoją cenę, jakby życie miało ujść z ciała mego, a duch odpłynąć miał w dal siną, odległą i nieznaną nawet wielkim pisarzom – swoją drogą, gdyby wiedzieli ile zarabiają ludzie, dzięki którym ich książki trafiają do czytelników, mogliby dostać czkawki.

Praca ma bardzo duży wpływ na kształtowanie psychiki młodego człowieka. Wiem to ze swojego doświadczenia i widzę po bohaterach tego reportażu, którzy woleli pozostać anonimowi. Ludzie prawi, mądrzy, wykształceni i szlachetni, nie mając wyboru zgadzają się na to, by wielkie firmy wysysały ich energię, by gwałciły ich prawo do godności i odbierały im szacunek do samych siebie. Podziwiam księgarzy, których spotkałam. Podziwiam też dziewczyny pracujące w sklepie z ubraniami.

Pierwszego dnia pracy przychodzę na dziesiątą. Zaskakuje mnie panująca tu miła, ciepła atmosfera, którą czuć już od progu. Pracują tu głównie ludzie w wieku między 24 a 26 lat, niektórzy codziennie dojeżdzają po kilkadziesiąt kilometrów, za szansą i za nadzieją. Boją się mówić o swoich zarobkach i pracy tutaj, ale jak tłumaczą, ich codzienne życie opiera się na walce o przetrwanie i kombinacjach jak dociągnąć do kolejnej wypłaty. Próbowali szukać pracy gdzie indziej, ale rekrutacje trwają długo, a żyć za coś trzeba. Na szczęście nie mają własnych rodzin i dzieci na utrzymaniu. Nawet nie planują ich mieć, no bo jak. Nie mogę ukryć wzburzenia na myśl o tym jak to możliwe, że tak mądre, oczytane, doświadczone osoby, mogą dawać się tak wykorzystywać. Czy po to skończyły studia? Czy naprawdę po to przeczytały setki, jeśli nie tysiące książek, żeby ktoś wyceniał ich czas na 7 złotych brutto za godzinę?

Przychodzi mi do głowy, że jeśli sprawiedliwość istnieje, to w tym miejscu jej nie ma. Podobno prezes sieci księgarń, odwiedza to miejsce dosyć często. Bardzo chciałabym go spotkać i zapytać, czy ma odwagę patrzeć swoim pracownikom prosto w oczy. Chciałabym też zapytać, czy wie co znaczy walczyć o przeżycie w mieście, gdzie bilet na autobus kosztuje prawie tyle, ile on oferuje za godzinę pracy. Czy był kiedyś głodny i musiał zgodzić się na to, by wielka korporacja wyssała z niego jego wiedzę i umiejętności, odwzajemniając się sześcioma złotymi netto za godzinę pracy.

Dla samej przyjemności przebywania z pracownikami tej księgarni, zostałabym tu dłużej, ale cyk Walenty, na bok sentymenty i po dwóch dniach pracy muszę się zwolnić… W końcu praca reportera wymaga ciągłych zmian. Gdybym podpisała umowę zlecenie, dostałabym za te szesnaście godzin pracy 96 zł netto.

Czy to jeszcze wyzysk, czy już oszustwo?

Sama mogę decydować ile chcę pracować, a przez to ile zarobię. Stawka za godzinę około 8 złotych na rękę. Wyliczam, podliczam i wychodzi mi, że za miesiąc pracy, mogę dostać około 1200 zł. Koszmar? Wcale nie jest najgorzej,

Praca ma bardzo duży wpływ na kształtowanie psychiki młodego człowieka. Wiem to ze swojego doświadczenia i widzę po bohaterach tego reportażu, którzy woleli pozostać anonimowi. Ludzie prawi, mądrzy, wykształceni i szlachetni, nie mając wyboru zgadzają się na to, by wielkie firmy wysysały ich energię, by gwałciły ich prawo do godności i odbierały im szacunek do samych siebie. Podziwiam księgarzy, których spotkałam. Podziwiam też dziewczyny pracujące w sklepie z ubraniami. Najmniej zżyłam się z ludźmi z restauracji, może dlatego, że cwaniactwo weszło im w krew na tyle głęboko, że przysłoniło inne wartości. Słucham z przerażeniem opowieści tych młodych ludzi o tym jak każdego dnia przychodzą do pracy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przekraczając próg miejsca pracy, które wybrała za nich konieczność, są odzierani z marzeń i planów dotyczących własnej kariery. Że z każdym dniem ich szanse na to, by coś w życiu osiągnąć maleją, a w ich miejsce pojawiają się niechęć do życia i żal, że zostali wykorzystani. Po kilku latach żal przeradza się w lenistwo, a poczucie bycia wykorzystanym – w złe nawyki w pracy i kombinacje, których nie da się już odwrócić.

Przez kilka tygodni przeglądałam oferty pracy zamieszczane na portalach internetowych. Wymagania stawiane potencjalnym kandydatom, to biegła znajomość języków, wykształcenie wyższe, prawo jazdy, biegła obsługa komputera, doświadczenie w pracy na podobnych stanowiskach…. i wiele więcej. Jeśli ktoś nie spełnia tych kryteriów, będzie mu ciężko. Jeśli będzie mu ciężko, może zgłosić się do tej czy tamtej korporacji, na bezpłatny staż trwający od miesiąca do nawet pół roku (sic!), nie gwarantujący zatrudnienia. W trakcie stażu odwali lwią część roboty za niejednego pracownika, a na koniec usłyszy, że właśnie mają redukcję zatrudnienia i z pracy w tej firmie guzik na dodatek z pętelką. I znowu może pójść na staż do innej firmy, później do jeszcze innej, i tak dalej, i tak dalej, aż do śmierci i wypalenia zawodowego, kiedy zdecyduje się pracować za te sześć złotych netto, byleby mieć spokój.

Oczywiście, należy brać pod uwagę, że młodzi ludzie powinni być kreatywni, otwarci, umieć się dokształcać i stawiać na ciągły rozwój. Jak jednak mają to robić, zarabiając (nawet tymczasowo) sześć, czy osiem złotych za godzinę, a w wielu przypadkach wolny czas spędzając na zajęciach na uczelni, za którą także (często) muszą słono płacić. Jak mają się rozwijać wciąż i wciąż, skoro nie mogą poczuć, że ktoś docenia i odpowiednio nagradza ich dotychczas zdobyte umiejętności? Jak mają myśleć o rozwoju i edukacji, skoro w ich głowach lęgną się jak robale myśli o tym, że mogą zostać zwolnieni z pracy, albo że ktoś nie przedłuży im umowy – śmiecia na kolejny miesiąc? I w końcu, jak mają zakładać rodziny, skoro nie stać ich nawet na wynajem porządnego mieszkania, w którym mogliby płodzić te deficytowe polskie dzieci!

W końcu poza wyjątkami, czyli wybitnymi młodymi ludźmi tryskającymi kreatywnością, są i tacy, którzy nie palą się do otwierania własnego biznesu, ale czy mimo to, nie należy im się godna wypłata, tak, żeby mogli po prostu nie bać się o swoje jutro?

Zgodnie z zasadami biznesu, teoriami odnoszenia sukcesów i podręcznikowymi poradami coachingu, powinniśmy sami decydować o własnym losie i cenić się tak, jak chcemy, by cenili nas inni. No właśnie, może już czas, by powiedzieć dość wyzyskowi, tylko jak to zrobić.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”