SZPALTA W AUSTRALII – W SIEDEM DNI Z BRISBANE DO SYDNEY. MNÓSTWO ZDJĘĆ

Autor: data: 24 Styczeń, 2016 Miejsca

Na ulicznym targu w Brisbane spotkałam chłopaka, który rozdaje ludziom buteleczki z figurką człowieka. W Arrawarra stałam na plaży, kiedy zaatakował rekin. W Hunter Valley, pijąc wino, czułam się jak w Toskanii, a w pensjonacie w Blue Mountains niczym w alpejskiej wiosce.

Wczesnym rankiem wyruszamy z Cairns. O nic nie pytam. Nie mam nawet mapy.  Z plecakiem na ramieniu, miesięcznikiem Foreign Affairs w dłoni i biletem w zębach, biegnę za człowiekiem bez którego nie dałabym sobie rady i wsiadam do samolotu linii Jetstar do Brisbane. W dwie godziny, przyglądając się promieniom wschodzącego słońca, docieramy do celu – a właściwie początku przygody. Za nami tysiąc trzysta dziewięćdziesiąt jeden kilometrów w powietrzu, kolejne tysiąc przed nami, tyle że już busem, z całą grupą, do której mamy dołączyć za kilka godzin.

Screenshot_2016-01-23-15-18-27

Kangury i pchli targ

Brisbane to najpiękniejsze miasto, jakie kiedykolwiek widziałam. Fakt że zwiedzanie odbywa się w pośpiechu i do tego w niedzielne popołudnie, niczego nie zmienia. W Australii na metr kwadratowy przypada więcej zwariowanych, pozytywnie zakręconych ludzi, niż na całej kuli ziemskiej. A wizyta w Brisbane, tylko to potwierdza. Na ulicznym targu, w centrum miasta, setki ludzi przepychają się pośród zaimprowizowanych straganów; koce na chodnikach, parasole nad głowami, a w tle wspaniałe budynki i muzyka na żywo. Większość przedmiotów na sprzedaż używana, z drugiej ręki, bo może komuś się przyda. Pchli targ w najlepszym wydaniu, z atmosferą, jakiej nie da się powtórzyć, czymś elektryzującym, co nakazuje zwolnić, właśnie tu, tak żeby spotkać młodego Chińczyka z maleńką buteleczką w dłoni. Co to jest, pytam, podchodząc bliżej, a on na to, że sprzedaje ludziom amulety, które mają pomóc im zrozumieć sens życia, wrócić do tego, co ważne. Jego hasło to „keep daydreaming”, czyli „zatrzymaj marzenia” albo lepiej „zacznij marzyć, nie strać tego, co ważne”. Figurka człowieka zamknięta w butelce ma symbolizować osobę, która utknęła w świecie ograniczeń, niczym w mydlanej bańce.

20150906_115616

Uliczka w Brisbane, i rowery czekające na wypożyczających je turystów

20150906_115852

Uliczna instalacja artystyczna składająca się z metalowych kangurów

20150906_120158

Pchli targ w centrum Brisbane, na który przychodzą mieszkańcy i turyści

20150906_120338

Szczęśliwy autor projektu Keep Daydreaming

20150906_122455

 Słynny deptak Queen Street w Brisbane

20150906_141920

Tabliczka wmurowana w ścianę pubu „Pod Trąbiącą Świnią”

20150906_144937

Jeden z pomników w centrum Brisbane. Charakterystyczne kangury na pierwszym planie

Złote wybrzeże

Trzy godziny jazdy busem. Teraz już całą grupą w komplecie. Ja na tyłach, trzy Irlandki i dwóch przewodników na przodzie. Jeden prowadzi, drugi opowiada przez mikrofon.  I jest – Surfers Paradise, jak sama nazwa wskazuje, raj surferów i miasto Gold Coast, zagłębie filmowe Australii. Luksus, bogactwo, przepych i prestiż, które jednak przeszkadzają w życiu na luzie (milionera nie odróżnisz od zwykłego Australijczyka). Jedno jest pewne – człowieka z deską na plecach, biegnącego plażą z obłąkańczym błyskiem w oku, bo właśnie „jest dobra fala”, spotkasz tu częściej, niż zwykłego turystę. I ma to swój urok, tak samo jak plaże i widok oceanu, a także spojrzenie na miasto nocą, rozświetlone tysiącami neonów, gdy w tle szum oceanu i pełnia.

20150906_201831

Nasza grupa podczas pierwszej wspólnej kolacji

Latarnia morska i walenie

Latarnia morska Cape Byron Lighthouse znajduje się na wzgórzu i jest najbardziej wysuniętym na wschód fragmentem Australii. Stąd widok na ocean zapiera dech, a same plaże otaczające latarnię i wzgórze na którym stoi, obfitują w najpiękniejszą roślinność, jaką można tylko sobie wyobrazić. Schodzimy na dół poboczem krętej drogi, przed nami kilkanaście kilometrów plaż, gdy nagle jeden z przewodników krzyczy – walenie po prawej! Zatrzymuję się w bezbrzeżnym zdziwieniu na widok pięciu waleni, przepływających pod rzędem skał, kilkaset metrów pod urwiskiem. Samo miasteczko Byron Bay to miejsce, gdzie czas przestaje mieć znaczenie. Tu żyją ludzie, którzy cenią życie, wypoczynek i relaks. Tu przyjeżdżają amatorzy i pasjonaci sportów wodnych. Tu nocą odbywają się imprezy na plaży, tu znajduje się skupisko wiosek i ośrodków, w których najlepiej widziani są backpakersi, czyli ludzie żyjący według własnych reguł, uważający podróżowanie za sposób życia. Paradoksalnie spokój, luz i wyciszenie, przy jednoczesnym pobudzeniu wysokością fal, widokiem delfinów, żółwi, koali, a także samym zapachem oceanu i słońca, tępią zmysły przeciętnego Europejczyka i przyprawiają o głęboki niepokój.

20150907_105542

Latarnia morska Cape Byron Lighthouse

20150907_110246

Widok z klifu – przepaść i głęboki ocean

20150907_110540

Widok z latarni na plażę. Podążając stąd wzdłuż oceanu można dojść do miasteczka

20150907_144847

Ja na plaży w trakcie nagrywania filmowej relacji

Dwa zęby rekina w dłoni

Gdy dotarliśmy do osady surferów „Mojosurf”, była już noc. Okazało się, że mój domek na kurzej stopie znajduje się nad brzegiem oceanu. Zbiera się na sztorm, mimo to urządzamy małe party na tarasie. Są gwiazdy, tysiące gwiazd, jest szum oceanu i wybrzmiewające gdzieś z daleka grzmoty, od których drga podłoga. Przewodnicy żartują, że nocą lepiej pozamykać okna i drzwi, bo niedaleko są bagna, a na nich stwory z oceanu, zmutowane bestie, nietoperze wielkości człowieka (to akurat prawda) i krokodyle, których nie ujarzmi żaden Dundee. Noc okazała się spokojna, ale rano zaatakował rekin. Na plaży Shelly Beach, dosłownie kilometr od miejsca, w którym właśnie pływali nasi przewodnicy i dziewczyny z grupy, rekin próbował odgryźć rękę mężczyźnie pływającemu na desce. Skończyło się na kilku szwach i zamkniętej plaży. A „nasi” dowiedzieli się o tym dopiero, kiedy wyszli z wody.

20150908_105515

Widok na osadę „Mojosurf”od strony plaży

20150908_105641

Drewniany mostek łączący plażę z osadą. Nocą ta część plaży jest zalana przez przypływ

20150908_112150

Kulki piasku układające się w mozaiki. To efekt skrzętnej roboty małych czerwonych robaczków

Port, sztuka łososia i oldskulowe auto

W Port Macquarie, które stanowiło kolejny cel naszej podróży, zaczęliśmy od smutnej prawdy. Misie koala, maleńkie, słodkie, śmierdzące olejkiem eukaliptusowym na kilometr, ciężkie jak słoń zwierzątka, umierają w mękach, i to z winy ludzi. Szpital dla koali poszkodowanych w wypadkach, pogryzionych przez psy, porzuconych czy osieroconych, znajduje się w lesie deszczowym, na przedmieściach miasta. Szybka wycieczka pod okiem wolontariuszki, przyglądanie się koalom przez szpary w kratach i poczucie, że i tu, jak w każdym innym miejscu na świecie, człowiek potrafi zniszczyć wszystko, jest dojmujące i – w obliczu rajskiego otoczenia – jeszcze bardziej bolesne.

20150908_154800

Proszę państwa, oto miś, miś jest… w szpitalu :(

20150908_154852

Tabliczka przed wejściem na teren niewielkiego szpitala dla koali.W tle klatki, gdzie żyją zwierzęta potrzebujące pomocy, w trakcie leczenia lub kwarantanny

20150908_160732

Koala pogryziony przez psa, tu dochodzi do siebie pod czujnym okiem wolontariuszy

Wieczorem rejs łodzią i jasne ostrzeżenie od kapitana – w wodzie są rekiny, są i lepiej nie sprawdzać, czy mówi prawdę. Pływamy więc, popijając wino, a w tle przystań luksusowych jachtów i wille warte tyle, co mała wieś w Polsce. Zachód słońca przyćmiewa wszystko, nawet to, że na kolację zamawiam sobie łososia, który okazuje się ledwie przystawką (ale kosztuje jak danie główne). Tego łososia, w połączeniu z szumem wody i zachodem słońca, nie zapomnę nigdy. I tego, że poszłam spać głodna, też.

20150908_162802

Drewniana budka właściciela łodzi, w której kupujemy bilety na wieczorny rejs

20150908_164423

Prywatne łodzie i jachty Australijczyków pływają po zatoce od świtu do nocy

20150908_172517

Willa i prywatny pomost nad brzegiem zatoki

20150908_173251

Zachód słońca widziany z pokładu łodzi

20150908_180800

Port Macquarie nocą zatopione w świetle lamp i neonów

Rano lodowaty prysznic, bo w nocy temperatura spadła prawie do zera, a spanie w domku kempingowym. Wychodzę na dwór, trzęsąc się z zimna biegam w tę i z powrotem po ścieżce, robię wymachy, przysiady, no generalnie „odsoplam się”, i wtem widzę auto, tak niezwyczajne, że aż typowe dla Australii:

20150909_070033

Oldskulowy automobil, jakim australijscy turyści przemierzają wybrzeże i centralną część wyspy

20150909_065908_001

 Nad ranem temperatura bliska zera, domki kempingowe bez ogrzewania, ale nikomu to nie przeszkadza

Elton John i wino

Mit o tym, że kangury skaczą wszędzie dookoła jest tak nieprawdziwy, jak ten o pająkach (przez całe dwa miesiące nie widziałam ani jednego). Pierwszego kangura zobaczyłam dopiero po przejechaniu tysiąca kilometrów wzdłuż wybrzeża. Zdarzyło się to całkiem przypadkowo, podczas wizyty w ekskluzywnej winiarni Hope Estate, przy której prowadzona jest także ekskluzywna restauracja (smaczne, drogie, wykwintne, całkiem inne niż, dajmy na to, Byron Bay i pyszny grillowany ser halloumi podawany z krewetkami i makaronem). Hope Estate słynie też z tego, że organizowane są tam koncerty najbardziej znanych gwiazd światowej estrady. Jakiś tydzień po naszej wizycie miał się odbyć koncert Eltona Johna, i to właśnie na błoniach, gdzie widziałam kangura. Właściciel Hope Estate to milioner, a winnica, restauracja i organizowanie koncertów, to jego „hobby”. Wpadł do nas na chwilę, przywitał się i odjechał sportowym Subaru – pan w spodenkach we wzorek hawajski i w klapkach japonkach.

20150909_141547

Hope Estate słynne nie tylko w Australii – gwiazdy przylatują tu koncertować, bogaci jeść, a turyści degustować wina 

20150909_124244

Degustacja wina z dębowych beczek

20150909_124613

Kangury żyją tu w zgodzie z turystami. Popołudniami podchodzą pod sam budynek

Tego samego dnia odwiedziliśmy także fabrykę czekolady i winnice, najpiękniejsze, które spodobały mi się niemal tak samo, jak te europejskie, toskańskie. Hunter Valley (Dolina Łowców), to region Australii, gdzie produkowane są najlepsze wina i gdzie można spędzić tydzień na samej degustacji u różnych producentów, którzy nie żałują trunku, a nawet potrafią upoić (spoić), jak podczas Dionizji.

20150909_151408

Sklep na terenie fabryki czekolady, a w nim ręcznie robione czekoladki

20150909_152104

Kangur z mlecznej czekolady

20150909_154025

Białe, z nutką cytrusów, jedno z najlepszych jakie piłam. Winnica Allandale i degustacja na świeżym powietrzu

20150909_111809

Pierwsza degustacja tego dnia

20150909_114436

Rozległe tereny należące do winnicy Mount View Estate

Mróz, prycza i kominek

Blue Mountains to najpiękniejsze miasteczko w górach, jakie można sobie wyobrazić. Basniową atmosferę tworzą aborygeńskie legendy (m.in. o Trzech Siostrach), początki osadnictwa więźniów, pierwsza droga wytyczona w głębinach gęstego lasu… Nocą mróz (zaledwie dwie godziny jazdy od Hunter Valley i Sydney), nad ranem ciężkie mgły. W schronisku organizacji YHA klimat jak w alpejskim kurorcie. W pokoju prycza i pościel w pasy, okno drewniane, a przy nim stolik i krzesło. Rano śniadanie we wspólnej jadalni, za oknami mgła, chłód i ciemne chmury, jakby zaraz miał zasypać nas śnieg. – Brakuje tylko kominka – mówi jeden z przewodników, ogrzewając dłonie kubkiem z kawą. I trudno nie przyznać mu racji. Dość powiedzieć, że to pierwsze miejsce, z którego naprawdę nie chcę wyjeżdżać. A same góry, wodospady, las deszczowy, kolejka pod górę, historia podziemnych tuneli wykutych w skałach, aborygeńskie legendy i Waradah Aboriginal Centre, w którym można dowiedzieć się sporo o Aborygenach z tutejszych plemion, to najlepsza część wyprawy.

20150910_083153

Wejście do schroniska YHA w Blue Mountains

20150909_211204

Gdy za oknem mroźno, własna prycza, lampka, stolik i dobra książka, to prawdziwy luksus

20150910_083207

Maleńkie, z pozoru senne miasteczko Blue Mountains i jedna z głównych ulic

20150910_112110

Wodospad w porze suchej, w otoczeniu lasu deszczowego i skalistych wzgórz

20150910_112213

Widok na dolinę i w oddali skały owiane legendą o Trzech Siostrach

20150910_115159

We wnętrzu gór ciągną się setki kilometrów górniczych tuneli. W Blue Mountains działała kiedyś kopalnia, a tu pamiątka po tamtych czasach

20150910_194800

Ostatnia wspólna kolacja po dotarciu do Sydney

Szpalta dziękuje firmom turystycznym:

pobrane
pobrane (1)

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”