GACIE W DŁOŃ I WIEJ. DZIEŃ Z ŻYCIA ULICZNEGO HANDLARZA

Autor: data: 23 Sierpień, 2015 Ludzie

Ci to mają życie. Stoją całym dniami z tymi gaciami, czosnkiem czy garnkami, często gęsto ryzykując wszystko.

Tekst 4

Myśli miałam zaprzątnięte książką o zagładzie Żydów. Do tego nie czułam się najlepiej i robiłam się głodna – dla młodego dziennikarza głód to duży problem. Weszłam do delikatesów, odliczyłam drobne, starczyło na kefir.

Szłam Marszałkowską z tym cholernym kefirem, gdy zza rogu dobiegł czyjś przeraźliwy krzyk:

– Nalot!

Jaki nalot? Co za nalot? Bombardują Warszawę? Stoję, rozglądam się, ludzie dookoła jakby mało zainteresowani, na pewno mniej niż ja. Może był czas przywyknąć, a może to ta znieczulica naszego społeczeństwa o której koledzy dziennikarze mówią tak często.

Nie wiem, nic nie wiem.

Ale patrzę.

Zmysł reportera każe mi wyrzucić kefir w pizdu, ale nie; jak to nalot i wojny zaczątek, ten kefir może mi uratować życie. W takich chwilach człowiek winien brać pod uwagę wszystkie możliwości. Dlatego decyduję się kefir zostawić, nie ruszać, niech będzie. W końcu mogę go wylać okupantowi na głowę, jakby co.

Zbieraj manaty, oddawaj gacie

No więc odruchowo zerkam na zegarek – dochodzi siedemnasta. Ciemno. Zimno. Na Marszałkowskiej tuż przy Rotundzie, to czas wzmożonego ruchu. Więcej przechodniów to większa szansa na zarobek. Stoją w rządku jak gęsi, jedne wzdłuż chodnika, przycupnięte za wielkimi torbami, inne z papierosami w zębach opierając się o murek przy schodach do przejścia podziemnego. Kobiety sprzedają, dwaj mężczyźni pilnują. Panuje dziwny nastrój poddenerwowania, jakby coś wisiało w powietrzu. Mięśnie twarzy drgają rozświetlone neonami miasta, powieki ani mrugną. Czujne oczy rozglądają się dookoła. Nie ma tu miejsca na pomyłki, te kosztują zbyt drogo; czasem zarobek z całego tygodnia, a czasem utratę całego towaru.

Jaki nalot? Co za nalot? Bombardują Warszawę? Stoję, rozglądam się, ludzie dookoła jakby mało zainteresowani, na pewno mniej niż ja. Może był czas przywyknąć, a może to ta znieczulica naszego społeczeństwa o której koledzy dziennikarze mówią tak często.

Czapki, szaliki i majtki, czyli warszawskie ulice

Proceder nielegalnej ulicznej sprzedaży towarów (usług również, ale ja nie o tym), jest w Warszawie znany. Nie mnie oceniać, czy ludzie robią to w wyniku zaszłości politycznych i związanych z tym przyzwyczajeń społecznych, czy raczej z biedy. Wszystkim znane są widoki porozkładanych wzdłuż i wszerz chodników przepastnych toreb, stolików, płacht i prześcieradeł zawalonych towarami, jak z Baśni tysiąca i jednej nocy. W innych miastach też się to odbywa, owszem, tyle że w Warszawie na tle wieżowców i witryn drogich butików wygląda to szczególnie paskudnie.

Może to dla nich sposób na łatwy zarobek? Po akcji „nalot” próbuję podejść do jednej z handlarek. Gdy tylko się zbliżam, za plecami słyszę wyraźny męski głos mówiący – Idź stąd.

Przejmujący żal rozrywa moje serce za każdym razem, gdy obok sprzedawców sznurówek, majtek, szalików i garnków, mijam starowinki usadowione na składanych turystycznych krzesełkach – z czosnkiem, sezonowymi owocami albo jajkami ułożonymi na kolanach, jak cząstki różańca.

Kilka lat temu miasto postawiło handlarzom ultimatum. Albo bazary i działalność zgodnie z prawem, albo do widzenia. Miało być dobrze, wyszło jak zwykle. Straż Miejska, a czasem Policja nakładają kary, mandaty, odbierają towary. Walki toczą się na ulicach, bazarach, w podziemnych przejściach…. wszędzie, gdzie jest choć trochę miejsca, by ustawić torbę albo stolik i wyłożyć towar. Awantury z handlarzami to uliczna codzienność. Ich obecność, obok rozdających ulotki to stały folklor stolicy.

Mimo wszystko próbuję wczuć się w sytuację tych ludzi, zrozumieć, dlaczego niezależnie od pory roku wystają całymi dniami na chodnikach, licząc na to, że uda im się coś sprzedać. Dlaczego wolą to od innej pracy. Może to dla nich sposób na łatwy zarobek? Po akcji „nalot” próbuję podejść do jednej z handlarek. Gdy tylko się zbliżam, za plecami słyszę wyraźny męski głos mówiący – Idź stąd. Odwracam głowę i widzę tego samego mężczyznę, który wieszczył armagiedon. Na widok jego facjaty zoranej nikotyną i spirytem ciarki przebiegają mi po plecach. Paczę na niego, on paczy na mnie i już prawie zmuszona jestem kupić nowe gacie na cito, gdy on jednak zerka na kefir w mojej dłoni i obracając się na pięcie odchodzi.

Schodzę do podziemi. Wychodzę na powierzchnię. Staję na przystanku pod Cepelią i wreszcie otwieram kefir chcąc się napić, a ten pryska mi na kurtkę.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”