SHOARMA POKOJU. TA HISTORIA CIĘ PORUSZY

Autor: data: 29 Grudzień, 2015 Sytuacje

Na początku jest poczucie klęski i zatykanie nosa. Potem, z bezkształtnej masy zgarbionych cieni wyłaniają się oczy, pogruchotane nosy i usta, suche i blade, otwierające się w bezbrzeżnym zdziwieniu. Dziękuję i przepraszam – to pierwsze słowa. Schylasz się, żeby poszukać majtek w stercie darów. I nagle orkiestra uliczna zaczyna grać „Bóg się rodzi”.

20151223_165158

Jest taki czas w roku… Nie, nie tak. Nie zaczyna się podobnej historii od frazesów. Choć ochota na korzystanie ze stereotypowych stwierdzeń, jest przeogromna. Wsadzić człowieka w ramy, masę uznać za masę, brud za brud, smród za smród, a bezdomnego za… no właśnie – za kogo?

Jest stroik, są prezenty, śpieszący się ludzie. Okolice Metra Centrum w Warszawie, dochodzi siedemnasta, wieczór przed Wigilią Bożego Narodzenia. Dziewczyna w przebraniu anioła, sprzedaje opłatek, krzycząc – Opłatek, co łaskaaaa…! (jęcząco przeciąga a, jakby chciała podzielić się ze światem jakimś swoim dramatem). Jest chłodno, ale wszyscy się cieszą, że nie ma mrozu. Jest ciemno, ale wszyscy się cieszą, że nikła światłość przegania mrok. Ta światłość, to nie żaden cud, żadne zrządzenie, żadne objawienie, ale zwykła ludzka dobroć. I lampy uliczne, które oświetlają wejścia do metra, bilbordy i sklepowe witryny. W tym świetle, na uboczu, mnóstwo ludzi i torby, pełno toreb, z których wysypują się ubrania. Przy tym wszystkim aromat świątecznego jedzenia, zmieszany z zapachem miasta.

940967_10205255819171230_4993663622644808490_n

Godność utajona

– Sprzedajecie coś? Po ile? Jaki rozmiar? – pyta przechodzień z paczkami pełnymi prezentów. Widać że się spieszy.
– Nie sprzedajemy. To rzeczy dla bezdomnych. Tu ubrania – dziewczyna w czapce z pomponem pokazuje na torby na ziemi – A tam paczki z prezentami i jedzenie, sałatki, pierogi, ryba…
Mężczyzna odchodzi. W jego miejsce zaczynają się schodzić ci, dla których to wszystko. Dla których ludzie, bezinteresownie, poprzez portal społecznościowy, od początku grudnia zebrali prawie dwa tysiące złotych i mnóstwo ubrań, a do tego paczki z żywnością i domowej roboty posiłek, wydawany w plastikowych pojemnikach.
– Nie jesteśmy fundacją, nie… – tłumaczy bezdomnej parze M., jedna z organizatorek. Ona w czapce uszatce i kożuchu, on w skórzanej kurtce, pod którą ma tylko koszulkę z krótkim rękawem – To wszystko od zwykłych ludzi, po prostu, chcieli pomóc. Co potrzeba? Spodnie? Już, chłopaki, potrzebne są spodnie, rozmiar… – M. zerka na pana – … no… L, może XL. – jeden z wolontariuszy wygrzebuje z toreb kilka par i podaje – Tylko niech państwo nie odchodzą, potem zabieramy was do restauracji, na ciepły obiad!

10428507_10205255821531289_6694039285245884234_n

Z pięćdziesięciu potrzebujących, większość, otrzymawszy paczki z jedzeniem i ubrania, jednak odchodzi. Nie są w stanie udźwignąć więcej, dosłownie i w przenośni. Ich sposób życia, instynkt przetrwania, nie pozwalają na przyjęcie czegoś jeszcze, ponad to, co już. Są onieśmieleni, jakby ich godność, ukryta pod kilogramami ubrań, nagle, pod wpływem ludzkiej dobroci, doznała uszczerbku albo zaczęła się łamać. Nawet jeśli dla jednostki to „tylko” jedne spodnie, jedne skarpety, to dla nich  zawsze dużo. Potrzeba im wszystkiego. Majtek, kalesonów, kurtek, butów, koszulek, koszul… a przy tym uściśnięcia dłoni, spojrzenia w oczy i szacunku, tak obcego na co dzień. To dostają. Z tym odchodzą. Z tym pójdą do swoich nor, ukryją się jak krety, podjadając w nocy jedzenie z paczek, sałatki, pierogi, ciasta – chociaż słodyczy schodzi najmniej. Wielu mówi, że nie chce, bo się odzwyczaili. Piernik, makowiec, cukierki, to rarytasy, lepiej nie pobudzać tym kubków smakowych. – Za szybko przyjdzie się odzwyczaić – ocenia jeden z bezdomnych i prosi o śledzia i pierogi, no i może, jeśli się znajdzie, bluzę i parę spodni, ale nie takich z szerokimi nogawkami, bo wtedy chłodno w nocy.

Zagubiony

20151223_174706

Chwilę po osiemnastej orkiestra uliczna zaczyna grać kolędy, aż czuć ciarki na plecach. Garstka bezdomnych czeka pod murkiem Metra Centrum. Część je, to, co dostali w pudełkach. Część rozmawia z wolontariuszami. Wśród nich pan Marek, niski, drobny, trzęsie się z zimna. I szuka toalety. Od ponad tygodnia koczuje w okolicy metra. On też rozmawia. Wpycha pieroga do ust i rozmawia. Takie to niezwykłe, te rozmowy, o tym, jak się robi polski bigos, co dodać, a czego nie albo o lokalnych smakach, jak kiszka barania czy weki, co je trzeba na pokrywce stawiać, żeby się „zassało”. I nagle głos M., wyrywa wszystkich z odrętwienia. – Idziemy, cała grupa za mną! – woła, a jej głos brzmi jak bicie w bębny. W tle kolęda „Bóg się rodzi”. No to idzie, grupa, wycieczka, wesoła kompania, w ślad za przewodniczką, za wolontariuszami, którzy z duszą na ramieniu wędrują do miejsca, gdzie już raz, rok temu, zostali przyjęci godnie i z szacunkiem.

12376730_10205255829691493_345811652543345435_n

Restauracja Sphinx przy Alejach Jerozolimskich 42 już po raz drugi (w zeszłym roku także), zrobiła coś, czego w moim odczuciu, nie sposób nie docenić, nawet po piętnastu latach pracy dziennikarskiej i wielu przy tym zadziwieniach. Manager i obsługa bez problemów, bez uwag, przygotowują stół i z uśmiechami na twarzach obsługują bezdomnych i wolontariuszy przez cały wieczór. Shoarma z frytkami, rosół, pomidorowa, do tego dzbany z wodą, sok, herbata, kawa… Dwie godziny w restauracji. Dwie godziny. Po piętnastu minutach jedna z wolontariuszek ociera łzy skapujące po policzkach. Bo jak inaczej, skoro jeden z bezdomnych mówi, że dopiero co dowiedział się, że ma raka. Zostało mu kilka miesięcy. Inny opowiada, że żyje w szałasie i codziennie wydeptuje nowe ścieżki przez las, żeby go nikt nie znalazł. Jeszcze inny ma za małe buty i nie może chodzić. Pośród nich pan Marek. Je rosół, a po chwili pyta, jaki dziś dzień.
– Jutro Wigilia? Ja już nawet nie wiem – zaczyna płakać. – Mnie już żadna Wigilia, żadne święta, nie dotyczą.

A jednak myli się. Po wyjściu z restauracji, M. i reszta wolontariuszy, zabierają bezdomnych na zakupy. Prezenty. Buty, skarpety i rzeczy z apteki – Octenisept do odkażania ran, bandaże. Pan Marek idzie z nimi. Wcześniej, w ciągu godziny, biuro prasowe Komendy Stołecznej Policji, zaoferowało pomoc w znalezieniu dla niego noclegowni. Niespotykana, trudna do opisania bezinteresowna chęć pomocy policji, jest wspaniała. Ale, no właśnie – jest ale. Bezdomni z dłuższym stażem mówią, że pan Marek tam zginie. Że nie wolno, za nic, oddać go do noclegowni. Nie oddajemy. Ja i M., pani D., wolontariusze, zwykli ludzie, organizujemy mu miejsce do spania. Nie udaje się. Noc przed Wigilią pan Marek, który odszedł z domu, którego nie szukają żona, córka, dwóch synów, zostaje znów sam na ulicy. Ma nowe buty, torbę z jedzeniem i nasze przyrzeczenie, że po niego wrócimy.

1426135_10205255837051677_1271734426425887905_n

Znaleziony

W Wigilię około czternastej dzwoni telefon. Pani D., znalazła miejsce dla pana Marka. I osobę, która wcześniej przyjmie go na Wigilię. Jadę na Dworzec Centralny. Jest tam już pani D. Proszę biuro prasowe PKP o pomoc w znalezieniu pana Marka. Reakcja żadna i zero zrozumienia. Płacę dziesięć złotych za wywołanie przez dworcowy megafon. Nawet paragonu nie dostaję. Około siedemnastej żadnego rezultatu. Pan Marek zaginął. Znowu, jeśli można uznać, że zaginiony raz, może zaginąć po raz kolejny. Obszedłszy dworcowe hale, zakamarki, perony, korytarze, wracam do domu, z pudełkiem pierogów od matki, z dojmującym poczuciem klęski. Pani D. także wraca. Ale wiemy, że to jeszcze nie koniec.

I nagle, pierwszego dnia świąt, jeden z ochotników, odnajduje pana Marka. Od rana z panią D. szukali w okolicach Dworca Centralnego, we dwoje. Po tym, jak dostali sygnał, że może być przy Stadionie Narodowym, pojechali i tam. I kiedy już stracili nadzieję, Ł., spotyka pana Marka po drodze na przystanek przy Metrze Centrum. Okradziony z dokumentów, prezentów, przerażony, zmarznięty i skrajnie wyczerpany. Ale żywy. Kiedy pani D. zawozi go do ośrodka, płaczą wszyscy. I pan Marek, i pensjonariusze, i pracownicy. Nigdy wcześniej nie przytrafiła im się podobna historia i to w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.

10437687_10205278581460273_8852631914131172099_n
1889_1217740431573837_4784538351343834566_n

Podziękowania

Dzięki dobrym ludziom, historia pana Marka trwa i osiąga niezmierzone wyżyny ludzkiego zainteresowania. Chcę w tym miejscu, osobiście, od siebie, podziękować setkom ludzi bez których nigdy, przenigdy, nie wydarzyłoby się to, co można nazwać cudem ludzkiej dobroci:

Biuro Prasowe Komendy Stołecznej Policji

Restauracje Sphinx, w tym przy Alejach Jerozolimskich 42 w Warszawie

Łukasz Wuj Stefan Stefanowicz

Dorota Gorczyca – Woźniak

Marta Lacek

Anna Ambroziak

Jola Straszewska – Błaszkowska

Jakub Roki – Rokicki

Karolina Białkowska

Katarzyna Nicewicz

Kinia Kuna Ki

Justyna Kawa

Kamila Flader – Fiksa

Emilia Bąk

Beata Fedorowicz

Małgorzata Żurawska

Katarzyna Anna Kołbuś

Magdalena Andzelm

Wiktoria Nowicka

Tomasz Lacek

Karolina Matusik

Katarzyna Sas

Linda Atig

I setki, setki osób, które dołączają do pomocy dla pana Marka każdego dnia!

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”