PIĘTASZEK I PLANTACJA ANANASÓW

Autor: data: 20 Maj, 2017 Ludzie

Jest zimno i szaro, kończy się wojna. Chłopiec z martwym ptakiem pod pachą chodzi po plaży, omijając wyrzucone na brzeg puszki z jedzeniem i broń. Spogląda na morze i myśli – jak będę duży, nie będę ani Holendrem, ani Australijczykiem. Będę milionerem, stracę córkę i dwie żony, opłynę jachtem świat, na kilka miesięcy wyląduję w więzieniu w Luizjanie, ale i tak zawsze, zawsze będę robił tylko to, co chcę.

20151015_162322

Początek przygody

Strach. Zapach potu. Bicie serca i drżące dłonie wetknięte pod kolana. Po drugiej stronie rzeki, skąd nadpływa prom, widać wysokie góry. Za szczytami jest ocean, a dalej, tysiące kilometrów wody dalej, zaczyna się świat. Tam się zaczyna, a tu, sto kilometrów od Cairns, gdy stary biały samochód wjeżdża na platformę, a Australijczyk w pomarańczowej kamizelce krzyczy, żeby nie wyłączać silnika, właśnie się kończy.

Prom płynie od brzegu do brzegu co dziesięć minut i zabiera trzydzieści samochodów. Ale nocą nie chodzi – oznajmia Robert, bohater reportażu, najwidoczniej dostrzegając strach wypisany na mojej twarzy.I po kilku sekundach jakby odgadując moją kolejną myśl, ostrzega że w rzece są krokodyle.

W przedniej szybie samochodu odbija się cień zachodzącego słońca. Przebiega mi przez głowę myśl, że najdalej za godzinę będzie całkiem ciemno. A w ciemnościach, nie uda mi się nawet rozbić namiotu. Do tego głodna, jestem głodna. Robert mówi, że on także, bo od ostatniego posiłku jaki spożył mija dziesiąta godzina. Mężczyzna za szybą daje znak, że za chwilę dobijemy do brzegu. Robert kładzie zgrabiałe palce na kluczyku i odpala silnik. Jego warkot przynajmniej zagłusza burczenie w brzuchu.

I nagle, gdy zjeżdżamy z promu, pośród warkotu silnika, znów słyszę głos Roberta, który tym razem oznajmia, że nie chce mieć dzieci. I słusznie, myślę sobie, patrząc we wsteczne lusterko, na niknący w oddali pośród tumanów kurzu sznur samochodów, gdybym była w jego wieku, też bym nie chciała. Tyle że zaraz potem dociera do mnie, że poza mną, moją walizką i pudłem pełnym owoców i warzyw, w tym starym terenowym aucie z naczepą, nie ma nikogo, kogo mogłoby interesować, czego chce Robert.

Nocą zaginiona

20151014_140001

Skoro samochód turkoce, a Robert milcząc wpatruje się w drogę przed nami, mogę zacząć układać w głowie początek historii. Park Narodowy Daintree w australijskim stanie Queensland znajduje się pomiędzy Cape Tribulation, osadą, gdzie wylądował kapitan James Cook, a małym miasteczkiem Mossman. Dziewiczy las deszczowy, jeden z najstarszych na świecie, pokrywający wzgórza i doliny, z kilometrami dzikich plaż, nie jest ani przystępny, ani przyjazny. Żeby wjechać, po zjeździe z promu należy okazać przepustkę. Drogą, bo po 24 dolary za przejazd. Z początku dziwi mnie, że Robert nie musi stosować się tego nakazu. Po chwili widzę, jak wyciąga z kieszeni zafoliowaną legitymację ze zdjęciem i zamiast podać ją strażnikowi, daje mi, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.  Zerkam to na niego, to na legitymację, i jestem już prawie pewna, że od tej chwili nic nie będzie takie, jak się spodziewałam.

Ananas i siekiera

20151013_123644

Wycinek z gazety dotyczy Roberta. Spektakularny sukces przeżył zaskakująco szybko, bo mając zaledwie dwadzieścia kilka lat. Jego pierwszym wielkim biznesem była plantacja ananasów pod Cairns, i to o niej jest artykuł z gazety z 1953 roku, z resztą nie jedyny napisany przez lokalne na ten temat.  Potem były kokosy,banany, a nawet plany, by zbudować tamę na wzgórzu, dzięki której uda się rozwinąć plantację… Z tego wszystkiego do dziś przetrwała już tylko aleja wysokich palm, w samym sercu parku narodowego, pięćdziesiąt dwa kroki od brzegu oceanu, sześćset od zardzewiałej, owiniętej masywnym łańcuchem  bramy wjazdowej. Robert dostał potężny kawałek ziemi, bo kiedyś większą wartość od niej mieli ludzie tacy jak on. Można powiedzieć, że Robert Rykers był wizjonerem i od początku miał w sobie tak ogromną siłę i wolę walki, że aż wieść o tym dotarła do ludzi z australijskiego rządu, którzy zdecydowali się nagrodzić niezłomnego chłopaka (i to nadspodziewanie sowicie).

Kiedy docieramy na miejsce, a Robert wysiada, żeby otworzyć ogromną bramę, na plecach mam ciarki.To miejsce przypomina upiorną posiadłość, a cienie zachodzącego słońca padające na przęsła bramy, wydłużają je tak, że wyglądają niczym groźne ostrza sztyletów. dalej wcale nie jest lepiej – gęsta roślinność,i niespotykana rozległość dawnej posiadłości, pobudzają już rozbudzoną wyobraźnię, do tego stopnia, że przez chwilę mam ochotę wybiec z samochodu i pognać drogą w kierunku przeprawy, ludzi, nawet jeśli przyjdzie mi zaryzykować życie. Samochód wolno mknie po wybojach, zagłębiając się w samo serce lasu deszczowego, a za szybą widoki, jakbyśmy znienacka znaleźli się w opuszczonym wesołym miasteczku. Stary holenderski autobus porośnięty bluszczem, kabina campingowa na palach i nieco dalej, na samym środku rozległego placu dom, drewniany, wielki, z tarasem. Nieco dalej, za szeroką aleją otoczoną z obu stron palmowcami, wyłania się kawałek zagraconego placu, ogrodzony blachą, z postawionymi jak na kurzej nóżce kabiną i wiatą. Silnik gaśnie. Robert wysiada. Ja siedzę wbita w fotel, z przerażeniem myśląc o tym, co wydarzy się za chwilę.

Wysiadam i biegnę za nim, pytając jak doszło do tego, że stracił plantację, dom, ziemię… Robert, zdawkowo macha ręką, mówiąc że to nie ma znaczenia. –  Najtrudniejsza sprawa to przeżyć, a reszta, jakoś się ułoży. – mówi z uśmiechem.

Chcąc nie chcąc muszę przyznać, że ma sporo racji. Wyciągam z samochodu plecak i torby. Stawiam na wilgotnej trawie. – No to gdzie stawiać namiot? – pytam Roberta. Śmiejąc się odpowiada, że mogę obozować gdzie tylko chcę, pod warunkiem,że nie zobaczę nad głową palm. – Kokos na głowie i bęc, po tobie! – mówi Robert.

No to stawiam, po piętnastu latach przerwy w obozowaniu, pożyczony, mały namiot, taki, że ledwie co mogę się zmieścić. W ciemnościach, słysząc szum oceanu, od którego dzieli mnie kilkadziesiąt kroków. Kukabara przysiada na dachu kabiny Roberta i śpiewa, trelem brzmiącym niczym śmiech przez  łzy.

20151013_103022

Pieszy uciekinier

20151015_161027

Nazywam się Rykers. Robert Rykers. Urodziłem się szóstego maja 1928 roku. Moim pierwszym wspomnieniem jest ojciec siedzący przed sztalugą, malujący tulipany. W czasie wojny interesowałem się taksydermią. W kolekcji miałem kilkanaście pięknych ptaków, których mięsa jednak nigdy nie zjadaliśmy; od dziecka byłem weganinem, tak samo jak mój brat i rodzice. Martwe okazy i te, które trzeba było ratować, zbierałem na plaży, chociaż niemieccy żołnierze zakazali mi tam chodzić. Poza trupami, których twarze pamiętam do dziś, i oderwanymi kawałkami ciał, puszkami z jedzeniem czy bronią, morze wyrzucało na brzeg miny i pociski. I właśnie dlatego nie wolno było nam, dzieciakom z miasteczka, tam łazić. A jednak łamałem zakaz. Dniem i nocą, bo byliśmy głodni, znosiłem do domu co się da, ale nigdy mięsa, a jeśli ptaki, psy, czy koty, to tylko, żeby je ratować albo gdy już były martwe, do wypchania.

I jakoś tak wyszło, że wylądowałem w Australii. Nie było łatwo – musiałem przedostać się do Belgii, potem Szwajcarii i Francji. Ja, dzieciak, ledwie dwudziestoletni, sam, na pokładzie trzystutonowego liniowca pełnego migrantów. Po sześciu miesiącach życia w Sydney, wyruszyłem pieszo do Cairns. Po drodze, w ciągu całego dnia, mijał mnie jeden, czasem dwa traki. A poza tym byłem sam. Sam, otoczony naturą, krokodylami, wężami, kangurami… Po tym, jak dotarłem do Cairns, osiedliłem się i dostałem ziemię, ściągnąłem z Holandii rodziców i brata. Mieliśmy do obrobienia dziesięć tysięcy drzew ananasowych. Dziesięć tysięcy.  Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby narzekać.

Wyprawa do przeszłości

20151015_111226

Przez kilka dni spędzam całe dnie na plaży, otoczona stosami dokumentów, zdjęć i wycinków z gazet, jakie udostępnił mi Robert. W końcu przychodzi dzień, kiedy decyduję się na to, by wyruszyć z nim w pieszą wędrówkę po okolicy. Opuszczamy posesję przedzierając się przez zarośla, które kiedyś otaczały idącą tędy drogę usypaną przez Roberta. Mijamy most Rykers Bridge, nazwany tak od nazwiska Roberta i jego rodziny, i zaraz potem łamiemy prawo włażąc na teren cudzej posesji. Droga pod górę, wylana setkami litrów betonu, ciągnie się serpentyną pośród gęstwiny zieleni. Pusto tu, cicho i dziko, właściciele od lat muszą nie pojawiać się zbyt często. Przybita do drzewa tablica o groźnych psach, tylko rozbawia Roberta. – Groźni są jedynie ludzie – wyjaśnia i idzie dalej, z niespotykaną jak na swój wiek werwą odpychając się się znalezionym przed chwilą kawałkiem gałęzi. Wspinamy się, a ja zaczynam poznawać historię tego miejsca, które kiedyś należało do rodziny Rykersów. Odkąd piętnaście lat temu młody milioner odkupił od Roberta posiadłość na wzgórzu i siedemdziesiąt hektarów lasu, szczęście jakby go opuściło. Z jakichś tajemniczych powodów, kilka lat temu musiał przerwać przebudowę domu Roberta i kupił starą willę trzy góry dalej. Dobra passa domu na wzgórzu, górującego nad oceanem, plażą i parkiem narodowym trwała przez ponad trzydzieści lat. Kiedy docieramy na wzgórze, widzę ruiny zaczętej przebudowy, na straży których stoi uschnięte drzewo rozłupane na pół przez piorun.

20151015_121811

– Tu był pokój mojego brata, a tu matka grywała na fortepianie – opowiada Robert, chodząc po zmurszałych kamieniach. – Taras, z widokiem na ocean. I bale, ogromne bale z drewna, które sam stawiałem – dodaje, wskazując gdzie dokładnie były umieszczone. Bo dom, tak samo jak ten na dole, Robert wybudował samodzielnie. Choć wydaje się to niemożliwe, doprowadził na górę elektryczność, wciągnął na szynach bale, okna, drzwi i kawałki ścian, które poskładał własnymi rękoma. A potem, gdy dom był już gotowy, dokonał kolejnej niemożliwej rzeczy. Tuż nad urwiskiem, kilkadziesiąt metrów wyżej, postawił kontener w którym zamieszkał całkiem sam, mając dobry widok na rodzinę i ocean.

20151015_161711
20151015_161105

Ale to było potem, już kiedy wróciłem z rejsu – wyjaśnia Robert, kiedy pytam o powody takiej decyzji. Bo to, że człowiek może najpierw wybudować dom, a potem zamieszkać obok niego, nie mieści mi się w głowie. Dla Roberta jest to z kolei tak oczywiste i normalne, że zniechęcony moją dociekliwością, wstaje i zaczyna chodzić po rozpalonych od słońca fundamentach domu. Nawet nie wiem kiedy, zatapiam się w jego opowieści o kobietach jego życia.

Najpierw było małżeństwo, drugie, z siedemnaście lat młodszą pielęgniarką Suzi, która pojawiła się znienacka i równie znienacka zniknęła. Przez trzy lata opiekowała się dwójką dzieci Roberta z pierwszego związku (pierwsza żona Roberta odeszła i nie chce o niej mówić, poza tym, że wylądowała w szpitalu dla umysłowo chorych). Suzi była też wzorową matką dla ich dwuletniej córki, Tash. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ta roześmiana brunetka, którą Robert pokazuje mi na fotografii, pewnego dnia nie wyjechała do Cairns na zakupy, i już nigdy nie wróciła. – Zabrała Tash i uciekła do Stanów, do matki! Bez słowa, bez wyjaśnienia, bez niczego. Kupiła bilety na samolot i nigdy więcej nie wróciła do domu. Nie mogłem znieść, że odeszła i zabrała nasze dziecko. Dlaczego to zrobiłaś, Suzi?, powtarzałem w kółko, aż w końcu postanowiłem, że muszę ją odnaleźć. 

I odnalazł. Poszukiwania trwały ponad sześć lat. Najpierw Robert przez rok budował w Nowej Zelandii jacht warty milion dolarów. Potem opłynął nim pół świata, zabierając na pokład nastoletniego syna Jaro. O ich niebezpiecznej wyprawie pisały gazety na całym świecie. Wycinki, opisane i opatrzone datami, Robert trzyma schowane pod łóżkiem, podobnie jak nagrania z jachtu, zdjęcia i listy, a także napisaną na maszynie historię swojego życia. – Kiedy dotarliśmy do wybrzeża stanów, poprosiłem FBI o pomoc w znalezieniu Suzi i Tash. Odmówili. I kazali zawracać do Australii.  Dowiedziałem się tylko, że kazali Suzi zmienić nazwisko, a potem, kiedy na własną rękę je odnalazłem i zabrałem Tash na jacht, wsadzili mnie do więzienia za porwanie.  Wyszedł po dwóch miesiącach, do czekającego na łodzi przerażonego syna, z nakazem opuszczenia stanu Luizjana i powrotu do Australii.

20151015_163959

Bankrut

–  Owszem, mieliśmy sporo pieniędzy. Ale dla mnie one nigdy nie były ważne. Zarobione ciężką pracą, zostały dobrze spożytkowane. Wybudowałem jacht, przez ponad sześć i pół roku ja i moja rodzina utrzymywaliśmy się z oszczędności. Kiedy wróciłem ze Stanów, sprzedałem dom na dole i spory kawałek lasu nad oceanem. Mieszkaliśmy już na górze, więc tamten kawałek nie był potrzebny. W ciągu następnych lat sprzedawałem kolejne parcele, a po śmierci matki, pozbyłem się domu na wzgórzu i zamieszkałem w kontenerze z blachy na dole, mijaliśmy go zaraz za szlabanem. Miałem tam ogród, drzewa, wodę i agregat. Niczego mi nie brakowało. A pieniądze ze sprzedaży dałem dzieciom. Tash żyje w Stanach, wiem, że ma dwoje dzieci, ale nie chce utrzymywać ze mną kontaktu.  Jaro i Roja, żyją tu, w Australii, mają się dobrze, ale nie mógłbym z nimi być na co dzień. Żona Jaro jest gruba i niezbyt atrakcyjna, a mężczyzna z którym żyje Roja, nie wydaje mi się dobrym człowiekiem dla niej  – opowiada Robert, grzebiąc patykiem w ziemi, gdy przysiadamy, żeby mógł odpocząć. Choć niechętnie, dokańcza opowieść o tym, jak stracił także kontener i ostatni kawałek ziemi, której był właścicielem. – Podatki. Nigdy nie chciałem ich płacić. Uważałem, że to niesprawiedliwe, że muszę dzielić się z państwem. No i potem, nie było mnie już na to miejsce stać.

20151015_132104
20151015_132217

Kilka lat temu, straciwszy resztki ziemi i pieniędzy, zamieszkał u syna, ale pobyt szybko skończył się porażką dla obu stron. Robert, pragnąc samotności, szybko wrócił do swojego kawałka świata. Wbrew pozorom ma niemałe wymagania wobec najbliższych. Kocha i szanuje, wyznaje wiarę w Krisznę Murti, ale lubi stawiać na swoim, dokładnie tak, jak robił to przez całe życie. Jest samotnikiem z wyboru i absolutnie, nigdy, przenigdy, nie chciałby tego zmieniać. Nie uznaje własności. Uważa, że żadna władza nie powinna istnieć, a najważniejszą wartością jest wolność wyboru. Dlatego żyje w skrajnych warunkach, bez wody, prądu, kuchni czy nawet dachu nad głową, będącego czymś więcej niż kabina i wiata z blachy. Nie chce być zależny od systemu. Jest szczęśliwy tak, jak jest. A kiedy jeszcze tego samego dnia zabiera mnie na spacer do rodzinnego domu, tego znajdującego się przy dawnej plantacji kokosów na której ma dziś wiatę, wchodzi do środka niechętnie. Z jego miny wnioskuję, że wspomnienia stąd muszą być dla niego bolesne. Wchodząc na taras spotykamy Freda, który odkupił posesję od Roberta dwadzieścia lat temu. Popijając wino z metalowych szklanek, zaczynamy rozmawiać. Fred to kolejny indywidualista, który ceni samotność i spokój. Kupił kawałek ziemi w Australii, nawet nie myśląc o tym, że osiądzie tu na stałe. Od kilku lat  przylatuje tu z Berlina co pół roku, żeby pożyć jak Robinson Crusoe. – Zimy w Europie bywają nieznośne – mówi, poprawiając powyciąganą koszulkę z rysunkiem palmy. Historia Freda jest łudząco podobna do tej Roberta. Fred także kiedyś był bardzo bogaty. Przez lata prowadził międzynarodową firmę turystyczną, ale splajtowała, a jemu tak naprawdę nigdy nie zależało na pieniądzach, więc uznał że teraz czas, by mógł cieszyć się życiem. Od czasu do czasu przynosi Robertowi melona albo papaję – to taki ich rytuał, który raz na jakiś czas, kończy się krótką rozmową o życiu. Bo na co dzień, raczej rzadko się widują. Są zbyt zajęci życiem.

20151015_114033

OBEJRZYJ REPORTAŻ SZPALTA TV

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”