GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC A SZEPTUNKA DZIEŃ DOBRY

Autor: data: 10 Listopad, 2016 Sytuacje

Kilka w okolicy jeszcze żyje, ale tylko jedna jest taka, co ją wszyscy znają.

33516746_m

Podlasie, to jeden z najbiedniejszych rejonów Polski. Tutejsza bieda albo zabija, albo każe uciekać.

– Za chlebem, to prawie wszyscy młodzi pojechali. We wsiach sami starzy zostali, nam już niewiele trzeba, chlebka się zje, ziemniaków, i jakoś człowiek przeżyje – tłumaczy mieszkanka Dubicz Cerkiewnych, u której wynajmuję pokój.

Na głowie nosi chusteczkę, zieloną, wyszywaną złotą nitką. Obtacza pomidora w solniczce, całego ze skórką i je, nie przerywając opowiadania

– Najgorsza zaraza to pijaństwo. Wszystkie chłopy piją. Skąd pieniądze mają? A renty przepijają, to co zarobią na robotach we wsi też. Ostatnio jeden chałupę spalił po pijaku.

Może to właśnie przez biedę czas się tu zatrzymał. W okolicy żadnego przemysłu, żadnych fabryk. No, może poza jedną – niedawno szwedzki koncern meblowy Ikea, wybudował fabrykę w Orli.

– Trochę młodych co znali języki, robotę znalazło, reszta dalej bidna – żali się jedna z mieszkanek Dubicz Cerkiewnych i zaraz ucieka do chałupy.

Im dalej na wschód od Białegostoku, tym bardziej czuć, że to jakby nie Polska. Tutejsi, zwłaszcza w okolicach Orli, Rutki czy Dubicz Cerkiewnych, mają swój język – chachłacki. Dogadać się z nimi po polsku można, ale co chwila trzeba prosić, żeby przetłumaczyli, bo potrafią się zapędzić i po swojemu języka używać, zwłaszcza, gdy zaczynają mówić o swoim życiu. Ich gwara to mieszanina białoruskiego z ukraińskim, zrozumiała tylko dla tutejszych. Starym trudniej mówić po polsku, młodszym idzie lepiej; jak mówią, ich już uczyli w szkołach po polsku. Ci, co w okolicy mieszkają, wyznają prawosławie. Bliżej im do Białorusi niż do Polski, zarówno z tradycjami, jak i wiarą.

Cerkwie z pomalowanymi na niebiesko dachami widać z daleka. Nawet kiedy mgła unosi się nad polami. W Orli są Cerkiew i stara Synagoga, spadek jeszcze po Żydach. Do Cerkwi ludzie chodzą co niedziela, w Synagodze latami trzymali świnie, kury, konie, od niedawna odbywają się tam koncerty i jakieś spotkania kulturalne. Jakie? Tego w okolicznych wsiach nie wiedzą.

Ludzie mało chcą mówić o sobie. Jeśli już, narzekają na biedę. Są nieufni dla przyjezdnych. Boją się, że komuś z tutejszych może stać się krzywda. Mają tu swój skarb, sławny na całą Polskę i świat. I o nim mówią chętnie, a jak dasz parę groszy, to i cały dzień mogą opowiadać. Bo jest o czym. Albo o kim. Kilka w okolicy jeszcze żyje, ale tylko jedna jest taka, co ją wszyscy znają. I taksówkarz, co mnie wiezie w ciemną noc z Bielska Podlaskiego do wsi Dubicze Cerkiewne, też chętnie o niej opowie, ale za pieniądze. Ile? O, to musi kosztować. Co najmniej 200 złotych. A jak chcę, żeby zawiózł i do innych, to 500. Wtedy opowie co wie, obwiezie po okolicy, może i zaprowadzi gdzie trzeba. Jak pytam czy wierzy w ich moc, mówi że tak. Że dawno temu syna przywiózł do babki Wiery i wyleczyła.

Najgorsza zaraza to pijaństwo. Wszystkie chłopy piją. Skąd pieniądze mają? A renty przepijają, to co zarobią na robotach we wsi też. Ostatnio jeden chałupę spalił po pijaku.Może to właśnie przez biedę czas się tu zatrzymał. W okolicy żadnego przemysłu, żadnych fabryk. No, może poza jedną – niedawno szwedzki koncern meblowy Ikea, wybudował fabrykę w Orli.

Kobiety, które zamawiają

– Pani Mario, jak to tu u was jest z szeptunkami, są w okolicy?– Są, a jakże! Pani niech je, a ja opowiem – zachęca pani Maria, podsuwając mi na drewnianym stole w kuchni talerz z pieczonymi udkami.

Do tego przyniosła pomidory – sama zrywała latem u siebie w ogrodzie, wyjęła z lodówki masło, wędlinę, kiełbasy. Pokroiła chlebek. I wyjęła z szafki butelkę wiśniówki. Wznosimy toast za mój przyjazd. Za drewnianym oknem zakrytym grubą koronkową firaną pada deszcz. Cicho wszędzie, głucho wszędzie… Ciemna noc, której na podlaskich wsiach boją się wszyscy, pakuje ludzi pod pierzyny i każe im zamykać dobrze drzwi. Nawet tutejsze szeptunki po zmroku nie przyjmują nikogo, bo wtedy ich moc przestaje działać. Tylko ja z panią Marią nie śpimy. Siedzimy w kuchni do późnej nocy, dorzucając drewna do pieca. Ja słucham, ona opowiada o szeptuchach, ale zaraz dodaje, że do nich zwracać się tak nie wolno, bo to brzydko.

Mówi się do nich babko albo grzecznościowo – proszę pani. Szeptucha, wedle tradycji starosłowiańskiej, to kobieta która zamawia, czyli modlitwą wyprasza prośby ludzi. Nie jest wróżką, czarownicą ani wiedźmą, choć wiedźmami wielu je nazywa. Na Podlasiu, zwłaszcza w okolicy Orli, Rutki i Parcewa jest ich kilka, może kilkanaście. Ludzie we wsiach znają je, wiedzą gdzie mieszkają, ale nie o wszystkich chcą mówić chętnie. Tłumaczą, że tylko babka Wiera z Orli nic złego nikomu nie robi.

– Ona się tylko modli. Czasem da chlebek albo wodę i każe modlić się przed zjedzeniem albo wypiciem. Jak nie umie pomóc, to od razu mówi, żeby do niej nie wchodzić, żeby do lekarza pójść.

– A inne co robią?

– Oj, inne, to już różne słuchy chodzą. Podobno i uroki rzucać potrafią, i jakieś konszachty z diabłem mieć mogą. Czasem potrafią więcej zaszkodzić niż pomóc – opowiadają tutejsi, w tym sąsiedzi pani Marii, zbierający się w sobotnie przedpołudnie przed jedynym we wsi sklepem.

Ich strach przed okolicznymi szeptuchami ma swoje źródło w tym, co wydarzyło się w okolicy kilka lat temu. W majową noc 2009 roku, batiuszka (prawosławny ksiądz), wracał z żoną i dwójką dzieci od rodziny. Jechali drogą od strony Bielska Podlaskiego do Hajnówki. Był zmęczony, ale widział drogę dobrze. Do domu zostało im kilkanaście kilometrów. Nagle zauważył, że na drodze coś leży. Wystraszył się, że to człowiek albo zwierzę. Gwałtownie zahamował, próbując ominąć przeszkodę. To „coś” na drodze ominął, ale w wypadku doznał tak poważnego urazu głowy, że lekarzom w białostockim szpitalu nie udało się go uratować. Co leżało na środku drogi? – Sedes. Biały, z wódką w środku. Przenieśli go z działki we wsi i postawili na środku drogi. Szeptucha kazała, to tak zrobili – tłumaczy starszy mężczyzna.W okolicznych wsiach krąży plotka, że kobieta z jednej wsi poszła do szeptuchy, żeby ta pomogła jej wyleczyć z nałogu męża pijaka. Szeptucha kazała jej ustawić na środku drogi sedes, to wzięła dwóch do pomocy i ustawiła.– Do głowy im nie przyszło, że ktoś może zginąć… A może specjalnie to zrobili? – zastanawiają się oburzeni mieszkańcy i dodają, że podobno w sedesie była wódka. Kilku nawet widziało usadzoną na nim lalkę, która w świetle księżyca wyglądała jak dziecko.- Czy szeptucha zabiła?

– Jakby zamordowała, to by w więzieniu siedziała, a słyszała pani, żeby ją wsadzili?

Ostrożnie i z rozmysłem

Dostać się do Orli nie jest łatwo. Według mapy z Dubicz Cerkiewnych to jakieś jedenaście kilometrów. Tylko i aż. PKS, co jeździł przez Dubicze Cerkiewne do Orli, dawno zawiesili. Na drodze pojawia się jeden, góra dwa samochody na godzinę. Nikt po wsiach się nie włóczy, bo i nie ma po co. Kobiety siedzą w domach, większość mężczyzn w sklepach, pod sklepami albo w przydrożnych rowach, jak ten którego mijamy jadąc samochodem do Orli, a którego próbuję ratować, bo, jak mi się zdaje, potrącił go samochód.

Wybiegam z auta, szarpię nim, próbuję ocucić, a on tylko podnosi głowę, wydaje z siebie głośne czknięcie i układa się dalej do spania na mokrej ziemi pokrytej liśćmi. Ma głęboko w poważaniu i mnie, i moją pomoc. Gdybym miała butelkę może spróbowałby usiąść i coś powiedzieć, a tak, nic tu po mnie. Tu musi działać jakaś magia. Nie jest bowiem możliwe, żeby człowiek spał od rana w rowie i nie nabawił się zapalenia płuc. A tym tutejszym pijaczkom podobno zdrowie dopisuje jak mało komu

Różni reporterzy próbowali z nią rozmawiać. Jeden nawet spał u mnie. Poszedł wieczorem jak już nikogo nie było, zapukał w okno, to go wygoniła i po policję chciała dzwonić – opowiada przy śniadaniu pani Maria, z zatroskaną miną nakładając masła na pajdę chleba.To samo radził mi taksówkarz, który wiózł mnie z Bielska Podlaskiego.

Jak mieszkańcy okolicznych wsi dostają się do szeptunek? Na piechotę, na rowerach albo samochodami. Do babki Wiery z Orli, przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Żeby do niej trafić, nie trzeba pytać nikogo o drogę, wystarczy podjechać tam, gdzie wzdłuż ulicy stoi najwięcej samochodów. Zazwyczaj stoi kilkadziesiąt, po obu stronach drogi. Ludzie zajmują kolejkę od samego rana. Samochodami przyjeżdżają całe rodziny, z maleńkimi dziećmi i starszymi też. Kilka razy widziałam, jak przywozili ludzi w ciężkim stanie – opowiada kobieta z Orli, która zajęła kolejkę do babki przede mną.

.

– Niech pani nie mówi po co przyszła, po prostu, jak wszyscy w kolejce czeka i wejdzie jakby nigdy nic.

– Nie domyśli się?– Zawsze wie, z czym kto do niej przychodzi, ale chociaż pani spróbuje…

Różni reporterzy próbowali z nią rozmawiać. Jeden nawet spał u mnie. Poszedł wieczorem jak już nikogo nie było, zapukał w okno, to go wygoniła i po policję chciała dzwonić – opowiada przy śniadaniu pani Maria, z zatroskaną miną nakładając masła na pajdę chleba.To samo radził mi taksówkarz, który wiózł mnie z Bielska Podlaskiego. Kazał udawać, że z problemem przychodzę. On też słyszał, że babka z dziennikarzami rozmawiać nie chce. Boi się i nie chce rozgłosu. Już i tak ledwo starcza jej sił, żeby przyjmować tych wszystkich ludzi, którzy do niej przychodzą.

Kiedy przed przyjazdem na Podlasie zadzwoniłam do niej z pytaniem, czy udzieli mi wywiadu, krzyczała na mnie dobrych kilka minut, zaklinając się, że nigdy mnie nie wpuści. Na koniec rzuciła słuchawką. Popełniłam błąd, na jaki stać tylko młodego reportera. Teraz nadeszła chwila, w której mogę go naprawić albo wszystko zaprzepaścić.Kolejka ludzi stojących na podwórku przed jej domem wcale nie jest taka duża. Jak mówi kobieta która mnie tu przywiozła, córka pani Marii z Dubicz Cerkiewnych, najwięcej ludzi przyjeżdża w tygodniu. Czeka się wtedy po trzy, cztery albo i pięć godzin.

Wszyscy jesteśmy tu po raz pierwszy. Dlatego kiedy drzwi domku uchylają się i wygląda z nich wątłe ciało babki, która krzycząc głośno wypędza nas do domu

Opowiadając, moja towarzyszka co jakiś czas pyta mnie o godzinę. Babka po zmroku nie przyjmuje. Kiedy zajdzie słońce, wygoni wszystkich z podwórka. Na szczęście, dziś przed nami jest ze dwadzieścia osób, powinnyśmy więc zdążyć.
Początkowo córka pani Marii miała mnie tylko przywieźć i po wszystkim odebrać. Całą drogę zarzekała się, że w czary babki nie wierzy. Kiedy wchodzimy na podwórko, postanawia jednak zaczekać, najpierw dla towarzystwa, a później, bo może babka zechce ją przyjąć. W jakiej sprawie? Tego mogę się tylko domyślać. Stoimy jak dwie wyklęte – ona, bojąc się, że babka nie przyjmie jej, bo nie wierzy w jej moc, ja, modląc się, żeby babka nie domyśliła się po co przyjechałam.

Tłum ludzi stojących pod drzwiami gęstnieje. Mężczyzna stojąc na schodkach obok drzwi trzyma w rękach nosidełko z maleńkim dzieckiem. I on, i jego żona wyglądają na wystraszonych, tak samo jak reszta ludzi zaludniających podwórko. Wszyscy jesteśmy tu po raz pierwszy. Dlatego kiedy drzwi domku uchylają się i wygląda z nich wątłe ciało babki, która krzycząc głośno wypędza nas do domu, mówiąc, że nikogo więcej nie przyjmie, posłusznie jak cielaki ruszamy w stronę bramy. Czyjaś ręka zatrzymuje mnie w pół kroku.

– Przyjmie wszystkich, zawsze tak mówi – tłumaczy córka pani Marii, puszczając do mnie oko.

Ona jedna została pod drzwiami, kiedy babka zatrzasnęła je z hukiem. Skoro tak, to wracamy, wszyscy jak jeden mąż. I znowu ustawiamy się pod drzwiami, pozwalając, by kolejne minuty mijały w nabożnej, nieco magicznej ciszy. Wygląda to tak, jakby ludzie stojąc tu, poddawali się działaniu wyższej siły. Gniew, który z początku malował się na ich twarzach, zamienia się w uśmiech, a strach ustępuje miejsca nadziei. Zza chmur wygląda słońce. Ludzie przestępują z nogi na nogę, wystawiając twarze w stronę promieni.

Gdzieś niedaleko słychać głośne rżenie konia. Ulicą przejeżdża traktor. To wszystko dodaje otuchy. Przypomina, że kilka kroków dalej życie toczy się jak co dzień, jakby obecność magii, nie przeszkadzała ludziom znosić swojego życia.Z jednej strony ludzie stojący na podwórku patrzą z lękiem na twarze tych wychodzących od babki, a z drugiej każde skrzypienie drzwi budzi w nich odrobinę ciekawości. Niezależnie od sytuacji chcą zobaczyć na twarzach innych strach, w którym na chwilę ukryją swoje lęki. Niektórzy wchodzą do babki z reklamówkami z jedzeniem, a wychodzą bez nich. Jeszcze inni pytają ile należy zostawić albo jak się zachowywać.

Trudno wyzbyć się wrażenia, że wszyscy jak tu stoimy, mamy we krwi żądzę sensacji. Mieszkanka Orli, która czeka z nami w kolejce, opowiada że babka odremontowała cerkiew, dużo pomaga, że ten piękny dom co go widzimy po drugiej stronie ulicy, to ona dzieciom siostry wybudowała, a jakże, z tego co od ludzi za pomoc dostaje.

Dom, faktycznie, jak na wiejskie warunki i panującą dookoła biedę, wygląda imponująco. Babka dzieci nie ma, mąż umarł kilka lat temu, to komu ma dawać? Podobno jak była w szpitalu, a kilka razy już była, bo chorowita jest i zmęczona życiem, to całą wiedzę przekazała bratankowi, i to on po niej będzie uzdrawiał. Tak jak ona po matce. Jej matkę też we wsi pamiętają, dobra kobieta była i ludziom pomagała. Trochę więcej ciała miała, bo Wiera to strasznie chuda jest, prawie nic nie je, bo i kiedy, jak cały czas ludzie przychodzą. I jeszcze ci złodzieje, co całe złoto we wrześniu jej z domu wynieśli. Sąsiedzi pobiegli po nią do cerkwi, a jak przyszła i zobaczyła, że drzwi z zawiasów wyjęte, zaraz na ziemię padła jak nieżywa. Ledwo ją w szpitalu odratowali. Złodziei nie znaleźli, ale ich Pan Bóg ukaże. Żeby taką dobrą kobietę okradać.Dwie godziny i kilka minut czekania. Zmarznięte na kość wchodzimy na ganek.

Zamykamy za sobą drzwi i toniemy w ciemnościach. Duszno tu i parno, od chorób powietrze aż gęste. Na krzesełkach pod ścianami siedzą ludzie. Mało kto coś mówi, starsza pani w kufajce siedzi w kącie i rozmawia z nastoletnią wnuczką. Widać, że coś jej dolega, ale przed dzieckiem udaje, że nic jej nie jest. Uśmiecha się do dziewczynki, a potem odwraca wykrzywioną grymasem bólu twarz w naszą stronę. Siadam na stołeczku obok maleńkiego zaparowanego okienka. Córka pani Marii na krześle tuż obok mnie. Patrzymy sobie w oczy i nie wiem jak ona, ale ja zaczynam się bać. Irracjonalny rachunek sumienia przelatuje mi przez głowę, układając się jak skrzydła ptaka gotowe do lotu. Nagle zapominam o reportażu, a myślę wyłącznie o swoim życiu. O tym co dobrego zrobiłam, a o co chciałabym prosić. Słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo, same cisną się na usta. Bezgłośnie zaczynam je powtarzać. Czy to szaleństwo? Nie, to właśnie magia szeptunki.

Przestępujesz próg jej domu i zaczynasz wierzyć. To dzieje się samo, bez udziału woli. Patrzę na twarz córki mojej towarzyszki i widzę, że z nią dzieje się to samo. Reszta ludzi też wygląda na skupionych i zadumanych. Córka pani Marii zaczyna głośno kasłać. Tłumaczy się, że to od suchego powietrza. Dusi się coraz głośniej. Podaję jej butelkę z wodą. Pije. Nadal kaszle. Przestaje, gdy ma wejść do babki.

Kiedy zamyka za sobą drzwi, zaciskam dłonie, błagając w duchu, żeby babka jej nie wyrzuciła. Nie wyrzuca. Rozmawiają przez kilka minut, strzępki słów dolatują przez zamknięte drzwi. Trochę to krępujące, ale cóż począć. Kiedy wychodzi, wygląda na wystraszoną.

– Nie mów że jesteś ze mną. Czekam w samochodzie – rzuca zamykając za sobą drzwi wejściowe.

Czuję jak pot oblewa mi plecy. Wchodzę do izby, którą chwilę temu wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Pomieszczenie to mała kuchnia, na piecu kaflowym, w lewym rogu od okna, stoją garnki, w jednym z nich coś się gotuje. Pachnie tu domem, starością i chlebem. Babka stoi w oknie, a kiedy siadam przy stole, staje obok mnie i przygląda mi się. Nie odzywam się, bo wiem, że nie wolno. Sama zapyta, jeśli będzie chciała. Pyta. Odpowiadam. Zaskakuje mnie, jaka jest spokojna. Z tego co mówili ludzie, bywa bardzo nerwowa. Często krzyczy. Potrafi wyrzucać ludzi, jeśli tylko wyczuje, że w nią nie wierzą. A dziennikarzy wyczuwa na kilometr.

W internecie przeczytałam wiele opisów jak to koledzy z różnych mediów dowiadywali się od niej skąd przyjechali i po co. Zanim zdążyli się przedstawić, już musieli wyjść. Dlaczego mnie wpuściła? Czyżby nie wyczuła po co przyszłam? A może to ja się pomyliłam, sądząc że przyjechałam tu tylko żeby zrobić reportaż?

Widać, że coś jej dolega, ale przed dzieckiem udaje, że nic jej nie jest. Uśmiecha się do dziewczynki, a potem odwraca wykrzywioną grymasem bólu twarz w naszą stronę. Siadam na stołeczku obok maleńkiego zaparowanego okienka. Córka pani Marii na krześle tuż obok mnie. Patrzymy sobie w oczy i nie wiem jak ona, ale ja zaczynam się bać. Irracjonalny rachunek sumienia przelatuje mi przez głowę, układając się jak skrzydła ptaka gotowe do lotu. Nagle zapominam o reportażu, a myślę wyłącznie o swoim życiu. O tym co dobrego zrobiłam, a o co chciałabym prosić. Słowa modlitwy Zdrowaś Maryjo, same cisną się na usta.

Rozmawiamy. Pyta mnie ilu ludzi czeka jeszcze w korytarzu. Wygląda na zmęczoną. Kiedy zagaduję ją czy ma czas żeby odpoczywać, nie odpowiada. W ogóle nie odpowiada na moje pytania. Mówię jej o swojej książce, o życiu w Warszawie, a ona w tym czasie wrzuca do garnka kiełbasę.

Pyta mnie czy mam gdzie spać i jak się tu dostałam. Staram się nie kłamać, ale też nie mówić całej prawdy. Całkiem możliwe, że ona i tak wie o wszystkim. Ma niesamowicie niebieskie oczy, takie, które wiercą człowiekowi w duszy dziurę. Takie, które mówią o dobroci i o tym co w życiu ważne. Nie sposób oderwać od nich wzroku. Pyta mnie o co chcę prosić. Odpowiadam, zupełnie nie mogąc uwierzyć, że właśnie taka prośba siedziała mi dotąd w duszy, nie dając o sobie znać.

Na stoliku obok okna leżą kromki razowego chleba, sól, szklanka nakryta białą serwetką i świeca woskowa. To przy nim babka się modli – zamykając oczy, patrzy niewidzącym wzrokiem, hen, daleko przed siebie. Jej modlitwy, ledwo słyszalne, brzmią jak szept babki nad kołyską niemowlęcia. Są magiczne w swojej prostocie. Pozwalają zatopić się w dobroci na tyle, że kiedy babka kończy się modlić, trudno jest wrócić do rzeczywistości, jakby człowiek chwilę temu był w jakimś hipnotycznym transie. Wstaję, ruszając w stronę drzwi. Wiera nie chce ode mnie pieniędzy. Życzy mi wszystkiego co najlepsze. Ja jej także.– Wracaj do domu, jeszcze dziś. Nic dobrego tu nie znajdziesz – mówi na pożegnanie.

Nie odwracam się. Nie zatrzymuję. Po prostu wychodzę. Wsiadam do samochodu córki pani Marii i bez słowa ruszamy przed siebie. Dopiero po kilku minutach jazdy relacjonuję jej co na koniec powiedziała mi babka.

– Zjemy obiad, spakujesz się i zawiozę cię do Hajnówki. Jak kazała wracać, to lepiej zrobić jak mówiła.

Miałam jeszcze jechać do innych szeptunek. Spróbować z nimi porozmawiać. Zobaczyć jak żyją. Może kiedyś wrócę… Nie może, ale na pewno! Obiecałyśmy sobie z córką pani Marii, że jak spełnią się nasze prośby, spotkamy się w Dubiczach Cerkiewnych i opijemy spełnione życzenia.

Może magia w Orli naprawdę istnieje? Całkiem możliwe, że to czary dobrej, starej kobiety, która przyjmuje ludzi, dając im nadzieję i pomagając uwierzyć w to, że nie są na świecie sami. Czy już samo to nie wystarczy, żeby mówić o cudach?

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”