DZIEŃ DOBRY JESTEM GŁODNY. REPORTER WYCHODZI NA ULICĘ

Autor: data: 6 Wrzesień, 2015 Sytuacje

Pewna moja znajoma, niedawno opowiedziała publicznie o tym jak próbowała nakarmić bezdomnego na Dworcu Centralnym w Warszawie. Przeczytaj to, zanim zdecydujesz się zrobić kolejny dobry uczynek...

Tekst 1

Spieprzaj dziadu!

Było tak. Stała sobie kobiecina młoda, ładna i papierosa paliła przed wejściem na dworzec. Ponieważ na Centralnym w Warszawie, jak i w innych miastach Polski, łatwiej na dworcu spotkać bezdomnego, niż doczekać się pociągu zgodnie z rozkładem, tak i jej się przytrafiło. Pan starszy podszedł do niej i miło zagadnął. Zagadnięcie i doczekanie się odpowiedzi innej niż sławetne „spieprzaj dziadu”, wyniknęło z prostej przyczyny – nie zalatywał od niego zapach ani przykry, ani nawet lekko przykry, nazywany preludium efektu „goł goł paszoł won”.

Mężczyzna nie był natarczywy, raczej zrezygnowany i zawstydzony. Nie chciał pieniędzy, prosił tylko o coś do jedzenia. Gałgany miał na sobie czyste, choć marne i znoszone – jak na trendy obowiązujące w świecie bezdomnych prezentował się wcale schludnie. Tym bardziej żal zacisnął pięści na gardle kobiety i postanowiła zakupić biednemu coś do jedzenia. Nie miała gotówki, jedynie kartę płatniczą. Poszli do baru w katakumbach dworca. Ona płaci, pan wybiera to, na co ma ochotę. Kasjerka przyjmuje zamówienie i nagle pyta – Kto będzie jadł? – Jak to kto, pan, ja płacę – odpowiada zaskoczona kobieta. – Panu mogę dać tylko na wynos. – Dlaczego? Nie jest brudny, nie śmierdzi, nie odstrasza klientów, jest ze mną! – Nie ma mowy! – grzmi stanowczy głos kelnerki.

Po krótkiej, nerwowej wymianie zdań, sprawa staje na tym, że kelnerka może wydać posiłek dla pana jedynie na wynos. Gdyby to ta kobieta chciała zjeść, to co innego, ale facet nie może tu zostać i już. Kiedy obydwoje wychodzą z tegoż baru, słyszą za sobą śmiechy, a na ich plecach żarem piekącym odznaczają się spojrzenia kelnerek. Do dziś zastanawiam się komu z nich było bardziej przykro i co będzie w przyszłości z tym lokalem, jeśli bezdomni w odwecie przypuszczą na niego szturm.

Kasjerka przyjmuje zamówienie i nagle pyta – Kto będzie jadł? – Jak to kto, pan, ja płacę – odpowiada zaskoczona kobieta. – Panu mogę dać tylko na wynos.

Bezkarny głód

Na głód dają się złapać i dorośli, i dzieci, i starzy, i młodzi, i wszyscy jak leci, w której części świata popadnie. Głodnego nakarmić, spragnionego napoić, tak to Biblia głosi, a Talmud wspomina strofami. Mimo to częste doświadczenia oparte na próbach wyłudzeń albo zapędzenia w kozi róg i obrabowania, bywały i bywać będą. Bo czyś głodny czyś syty, łeb musisz mieć zawsze na karku. Nie znaczy to jednak, że mamy nie pomagać, nie karmić, nie próbować ofiarować bliźniemu chwili wytchnienia. Nie nam bowiem oceniać, jak kto kieruje swoim losem. Nie nam decydować gdzie ktoś, kto nie śmierdzi, nie żebrze, nie nagabuje, nie nosi piętnastu toreb z wyciekającą z zepsucia zawartością, ma zjeść posiłek – może jedyną ciepłą strawę od dawna. Tu przypomina mi się incydent, którego byłam niedawno świadkiem.

W centrum handlowym tuż przy warszawskim Dworcu Centralnym (wciąż zastanawiam się cóż wspólnego – poza nazwą – ma owo centrum ze szlachetnym kruszcem), na ostatnim piętrze znajdują się bary i restauracje, w których lud nasyciwszy potrzeby konsumpcjonizmu i napędziwszy gospodarkę jak woda młyn, zaspokaja podstawowe potrzeby z piramidy Masłowa. Pewnego ranka usiadłam przy jednym ze stolików. Laptop, kawa, dzień jak co dzień. Nie zwróciłabym uwagi na siedzącą obok mnie parę, gdyby nie to, że w pewnej chwili podeszło do niej dwóch ochroniarzy, nakazując prostymi słowy opuszczenie miejsca w trybie natychmiastowym.

Na głód dają się złapać i dorośli, i dzieci, i starzy, i młodzi, i wszyscy jak leci, w której części świata popadnie. Głodnego nakarmić, spragnionego napoić.

W całej sytuacji zdziwiło mnie po pierwsze, dlaczego ludziom siedzącym grzecznie i spokojnie, nakazuje się opuścić miejsce publiczne z nazwy i dostępności, a także, co komu przeszkadza, że ludzie ci spożywają przy stoliku posiłek składający się z golonki, chleba i musztardy, które do nich należą. Co ważne – żadne z nich nie kruszyło chlebem, musztardę rozsmarowywali kulturalnie na kanapkach, a nie pakowali wprost do ust plastikowym widelcem, golonkę krajali scyzorykiem. Siedzieli w kącie. Naprawdę na uboczu, za winklem i kolumnami, z dala od oczu ciekawskich klientów, mogących poczuć zgorszenie lub niechęć do dalszych zakupów. W najbliższym sąsiedztwie byłam jedynie ja, szczęśliwa reporterka, mogąca co najwyżej pozazdrościć im tłustej golonki na chleb kładzionej, ze smakiem zajadanej.

Mimo stojących za ich plecami ochroniarzy nie chcieli wyjść, jeszcze. Jedli w pośpiechu. Kobieta co rusz popijała chleb wodą z butelki po Coca Coli, jakby to miało przyśpieszyć połykanie. Zakrztusiła się. Jeden z ochroniarzy w pewnej chwili wyrzucił chleb leżący na stoliku do śmietnika. Miało to chyba oznaczać, że czas śniadania ostatecznie minął. Mężczyzna z pokaźnym kęsem golonki w ustach, widząc co się dzieje, próbował wstać, ale został szturchnięty i wbił pośladki w krzesło, jak scyzoryk w golonkę. Mięso wypadło mu z ust. I on i jego towarzyszka zauważyli, że siedząc tuż obok, obserwuję całą scenę. Na ich twarzach pojawiły się pąsy. Wstyd biedy i głodu, charakterystyczny, taki, który próbuje ukryć łzy pod tapetą agresji. Ochroniarze mieli ubaw, a moja obecność nie bardzo ich poruszyła – bo przecież oni to dla mnie, dla klienta, w trosce, z szacunkiem.

Na pożegnanie wrzucili kobiecie do torby otwarty słoik z musztardą. Mężczyzna szybko zapakował golonkę do reklamówki, jakby bał się, że i to zostanie im odebrane. Odchodząc, obydwoje odwrócili się jeszcze, nie w moją stronę, nie w stronę ochroniarzy, ale kosza na śmieci, gdzie został kawałek ich chleba. Tu nie wlezą.

Jeśli chodzi o Dworzec Centralny, w najlepszej sytuacji jest restauracja sieci McDonald`s w hali głównej. Ludzie na dworcu śmieją się, że to jedyne miejsce, gdzie bezdomni nie wejdą, żeby poprosić o coś do jedzenia abo pieniądze. Powód jest prozaiczny. Za wysoko. Za dużo schodów. Zbyt duże ryzyko, że ktoś bezdomnego wypchnie i biedak spadnie na łeb na szyję. No i jeszcze ciężko wchodzić na górę z całym dobytkiem, a zostawić jednak żal – zasada ograniczonego zaufania jest tu przestrzegana bezwzględnie, nawet wobec starych „kompanów niedoli”. Bezdomny nosi ze sobą wszystko co posiada i to czego nie posiada także. Pozostałe bary i restauracje rozsiane wzdłuż, wszerz i w poprzek dworca są łatwiej dostępne, ale zanim bezdomny się obejrzy, już ląduje na ulicy – wyrzucają nawet za patrzenie przez szyby do środka. Największe skupisko głodnych i szukających pomocy zbiera się więc przed wejściem na halę główną lub w katakumbach, czyli przejściach na perony. Czy bary dają jedzenie bezdomnym? Czasem. Chociaż w większości przypadków, mogą oni liczyć jedynie na odpadki ze śmietników, te które zostają po całym dniu, a które nie nadają się na następny.

Zakładam dres, czapkę z daszkiem, podarte trampki i jadę. Chodzę po dworcu. Jest zimno, za ogromnymi szybami pada deszcz. Rozglądam się, pracownicy sklepików i barów także. Obserwują mnie, a ja specjalnie zbyt długo zastanawiam się czy chcę kawę, czy jednak nie chcę. Liczę drobne. Oglądam ciastka. Uśmiecham się do chłopaka za barem. Sieciowe kawiarnie podchodzą do sytuacji z nieco większą wyrozumiałością – jak brakuje kilkudziesięciu groszy i tak dają kawę. Nie wyrzucają z lokalu. Czujnie obserwują, ale nic nie mówią. Wspominają akcję ”Zawieszona Kawa”, która rok temu była słynna w całej Polsce, a która przywędrowała do nas z Włoch.

W ramach tej akcji, ludzie płacili z góry za kawę, którą później mogli wypić bezdomni zgłaszając się do lokalu. Niektórzy pracownicy kawiarni mówią, że to było śmieszne, bo jeśli ktoś chce pomóc, dobrze wie, że bezdomni nie piją kawy, chcą herbatę albo kanapkę lub zupę. Poza tym ludzie się wstydzą poprosić. A jeśli poproszą, czy dostaną? U nich w kawiarni tak, ale nie wszyscy i nie zawsze. Zależy od pracownika i od tego, czy w danej chwili nie ma managera.

Jeśli chodzi o Dworzec Centralny, w najlepszej sytuacji jest restauracja sieci McDonald`s w hali głównej. Ludzie na dworcu śmieją się, że to jedyne miejsce, gdzie bezdomni nie wejdą, żeby poprosić o coś do jedzenia abo pieniądze. Powód jest prozaiczny. Za wysoko. Za dużo schodów. Zbyt duże ryzyko, że ktoś bezdomnego wypchnie i biedak spadnie na łeb na szyję.

Gorzej niż źle sprawa wygląda w barach szybkiej obsługi. Tu panuje bezwzględny zakaz wpuszczania bezdomnych. Nawet podejrzanie wyglądający nie są wpuszczani do środka, bo odstraszają klientów. A jak rozpoznać podejrzanego? Kręci się taki, wzrok spuszczony, ciuchy niby czyste, a jednak widać, że długo noszone. Jedna, dwie torby, mniejsza zawsze na ramieniu, przewieszona na plecach. Młodsi z plecakami i w czapkach z daszkiem, takich jak moja. Buty znoszone, brudne. I brzęczące po kieszeniach monety. Takich wpuszczamy niechętnie. A jak przychodzą z kimś, kto za nich płaci? Też nie bardzo. Jak szef rozkazuje, tak trzeba robić. Nikt nie chce stracić pracy, a już na pewno nie za karmienie bezdomnych. Niepisana zasada na dworcu jest taka, że wiadomo ile towaru może „zniknąć” ze sklepików i barów, a ile musi zostać, żeby straty nie były za duże. Wystarczy, że całymi dniami trzeba się użerać ze złodziejami. Bezdomni jak są głodni, mogą iść na zupę do jadłodajni, albo gdzieś. Gdzie? A co mnie to obchodzi? O mnie się ktoś martwi czy będę miała co zjeść na kolację?

Zdejmuję czapkę, wycieram trampki z błota, wsiadam do autobusu – wracam do domu, bo go mam. Przez kilka godzin pewnie nie udało mi się poczuć nawet namiastki tego, co czują ludzie głodni i bezdomni, tu na dworcu, i w innych miejscach. Mimo to, czułam się tak, jakby przypadkowi ludzie pracujący w tutejszych barach i sklepach, w ciągu tych ledwie kilku godzin odebrali mi sporą część godności i wiary w to, że bieda to nie wyrok skazujący na wykluczenie. Drodzy, pamiętajcie – czyńcie dobro tak, jakbyście chcieli, by wobec was je czyniono.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”

  • arbitralny

    „Drodzy, pamiętajcie – czyńcie dobro tak, jakbyście chcieli, by wobec was je czyniono.” Zgadzam się i się nie zgadzam. Bardzo często podróżuję na trasie K-ce – B-B i widziałem wiele. Zdarzało mi się pomagać bezdomnym, głodnym ludziom. Wychodzę z założenia, że ma to sens, kiedy pójdzie się z taką osobą do jadłodajni i kupi się takiej osobie jedzenie a nie wręczy kase. Odmawiam zawszę, kiedy widzę cwaniaczków ziejących promilowym ogniem oraz naćpanych, którzy 4 raz w tym tygodniu zgubili portfel i bardzo chcą uzbierać na bilet powrotny…

    • Sandra Borowiecka

      Tak, zgoda, racjonalność musi brać górę nad emocjami. Tyle że często stereotypizacja zasłania nam oczy, stępia zmysły, i jak widać w materiale powyżej, trudno już się rozeznać kto komu i na co. Kompas wewnętrzny, to jest chyba sposób.