DLACZEGO WOLĘ SUPER EXPRESS OD DUŻEGO FORMATU

Autor: data: 16 Sierpień, 2015 Opinie

W dużym skrócie mogłabym podsumować – bo nie stać mnie na skończenie kursu pisania w prywatnej szkole dziennikarzy Gazety Wyborczej. A poza tym byłam na jednej imprezie i usłyszałam to i owo.
Kiedy miałam 16 lat poszłam do tabloidu na staż. Nie z konieczności, ale z miłości do dziennikarstwa. Nie żałuję, bo miesiące spędzone w redakcji pokazały mi co znaczy być dziennikarzem. Nauczyłam się, że ten zawód to połączenie pracy prostytutki i patologa.

29266672_m

Uważaj, to może być tabloid

Spotkanie z okazji wydania tysięcznego numeru Dużego Formatu, dodatku do Gazety Wyborczej. Dużo ludzi, fajny klimat, ciekawe dyskusje – spotkanie prowadzą Mariusz Szczygieł i Włodzimierz Nowak. Popijamy wino, ludzie się śmieją, reporterzy opowiadają jak im się pracuje i nawet nie wyglądają na niedożywionych – znak to, że Gazeta Wyborcza mimo że zwalnia, pensje wypłaca w terminach. Nagle z końca sali odzywa się donośnym głosem facet, ja wiem, może koło trzydziestki, dobrze ubrany, nie żaden menel ani sekundant telewizji Trwam.

– Panie Mariuszu, ja jestem tym co państwo mówicie przerażony.

Na sali zapada cisza. Ucicha nawet pykanie plastikowych kubeczków po darmowym winie. Ludzie słuchają, bo jak tu nie słuchać, skoro to, co on dalej…

– Wy tu wszyscy mówicie, że naginacie tematy, zdarza wam się nie autoryzować wypowiedzi bohaterów i jeszcze ten reportaż o ludziach spotkanych w pociągu, przecież ta dziewczyna, o której fragment pan przeczytał, że ona do zdjęcia rozpuszcza włosy… Ona pasuje do tabloidu bardziej. To czym wy się właściwie różnicie od tabloidów?

Na sali zapada cisza. Mariusz Szczygieł blednie. Reszta jego kolegów reporterów też. Bo co tu odpowiedzieć na taki zarzut? W powietrzu unoszą się opary słowa tabloid, jakby ktoś wpuścił do sali śmierdzący gaz. Reporterzy Dużego Formatu coś tam tłumaczą, dyskusja trwa długo, włączają się w nią postronni goście, nawet ja jakieś zdanie rzucam. Atmosfera robi się gęstsza niż śmietana co w niej łycha staje. Facet ewidentnie szuka zaczepki i nie dociera do niego żaden argument przemawiający za tym, że Duży Format tablodiem nie jest, nie był i chyba nie będzie. Nie tylko ze względu na ilość tekstu, ale także walory merytoryczne. Że praca reportera – czy w Dużym Formacie, czy w tabloidzie – opiera się na przypadku i że to jest właśnie główna cecha tego zawodu – przypadkowi ludzie zaczesujący włosy za ucho, miejsca takie jak pociąg, a przy tym czas i szczęście, żeby być w danej chwili tam,gdzie trzeba i umieć wydobyć z niej to co najlepsze.

Siedząc na sali i obserwując wykrzywione w złości twarze ludzi, rysujące się na tle cieni rzucanych przez lampy, ich spojrzenia pełne nienawiści, kierowane w stronę faceta co peroruje nieprzerwanie (ale już stojąc nieco bliżej drzwi), pomyślałam, że tabloid jest dziś jak prostytutka,do której na przyjęciu wszyscy puszczą oko, ale oficjalnie nikt nie poda jej ręki.

Dziennikarz tabloidu ponosi większą odpowiedzialność niż niejeden reporter tygodnika czy dziennika. Jeśli ludziom wydaje się, że dziennikarz w tabloidzie ma możliwość wymyślania historii, bardzo się myli. Na tabloidach ciąży bowiem piętno prawa prasowego oraz odpowiedzialności dziennikarza za swój płód literacki, przy czym jeśli dojdzie do zażądania czegoś więcej niż sprostowanie na łamach gazety, dziennikarz zostaje porzucony przez redakcję jak kalekie dziecko w Indiach.

Ktoś to musi czytać

Tak się składa, że lat temu kilka, będąc jeszcze dzieckiem, miałam przyjemność pisania dla jednego z tabloidów. Słowa „przyjemność” używam celowo. Pisanie także miało miejsce. Odbywało się z wielką starannością i dbałością o detale, może nawet większą niż w przypadku pisania długiego reportażu. Dziennikarz w tabloidzie musi pisać tak i tyle, żeby korektor, a potem wydawca, mieli z czego ścinać tekst, dopasowując go do gustu czytelnika. W tabloidzie trzeba również brać pod uwagę to, że czytelnik ten ma mało czasu oraz że warunki w jakich przegląda gazetę są często niezbyt sprzyjające – w toaletach, windach, samochodach, autobusach i firmowych bufetach, światło bywa marne, a i gazetę składa się na pięć, żeby łatwiej było ją wcisnąć między strony tygodnika, książki albo raportu firmowego. Tekst musi być krótki, zwięzły i możliwe najprostszy. Często mają to być tylko podpisy pod zdjęcia, na tysiąc, dwa tysiące znaków. I to wszystko.

Jednak dziennikarz tabloidu ponosi większą odpowiedzialność niż niejeden reporter tygodnika czy dziennika. Jeśli ludziom wydaje się, że dziennikarz w tabloidzie ma możliwość wymyślania historii, bardzo się myli. Na tabloidach ciąży bowiem piętno prawa prasowego oraz odpowiedzialności dziennikarza za swój płód literacki, przy czym jeśli dojdzie do zażądania czegoś więcej niż sprostowanie na łamach gazety, dziennikarz zostaje porzucony przez redakcję jak kalekie dziecko w Indiach. Musi pilnować swojego tyłka i robi to, Bóg mi świadkiem, za wszelką cenę.

To nie dziennikarze w tabloidach zmyślają tematy, ale czytelnicy. Przysyłają propozycje, zdjęcia, równie chętnie, co natrętnie. Domagają się publikacji. I oczekują za to pieniędzy.

Ilu takich ludzi przyszło do mnie i moich kolegów, kiedy pracowaliśmy w tabloidzie. Zapłakani, zrezygnowani, porzuceni jak psy przez dobre media

Jako stażystka na początku swojej dziennikarskiej kariery, nasłuchałam się tyle niesamowitych historii od czytelników, że mogłabym napisać niejeden scenariusz do kolejnych odcinków „Z Archiwum X”. Kiedy pojawia się fotoreporter, z pewnych siebie arogantów sprzedających swoje historie, gazetowi bohaterowie zamieniają się w ofiary. Łzy płyną, smarki ciekną, dzieci zdejmują buty i stają bose, morusając się w błocie dla zwiększenia wiarygodności biedy i tragedii. Widziałam to. Czułam smród kłamstwa. Każdy dzięki tabloidowi chce coś ugrać, wygrać, wyrwać dla siebie. Nawet ci, co krytykują tabloidy, na swojej krytyce zarabiają i stają się opiniotwórczymi postaciami. Jak to możliwe, że brzydzimy się tabloidów, a ich sprzedaż rośnie, do wielkości rowu Mariańskiego pogłębiając przepaść między dziennikarstwem na poziomie, a szybką informacją dla mas ? Skoro nikt nie czyta tabloidów, to skąd te gorące dyskusje o ich treści albo jej braku?

Tu nie ma tematu

Oburzające, że wiele tematów o największych ludzkich tragediach trafia do tabloidów. Jak to możliwe, że szmatławce tak chętnie opisują ludzkie tragedie, bezczeszcząc emocje i stąpając po grobach nadziei…

A możliwe. Dzieje się to w bardzo prosty sposób. Otóż bohaterowie tragedii wszelakich i przeróżnych, trafiają do tabloidów na końcu swojej walki o sprawiedliwość bardziej mojszą niż twojszą. Przeprawiają się miesiącami z dziennikarzami z dzienników, tygodników, telewizji i radia, żeby usłyszeć od nich, że ich temat jest zbyt trudny, zbyt złożony, zbyt stary albo zbyt polityczny…. Ilu takich ludzi przyszło do mnie i moich kolegów, kiedy pracowaliśmy w tabloidzie. Zapłakani, zrezygnowani, porzuceni jak psy przez dobre media, prawe media, media odważne i bezkompromisowe. Przyszli do nas, prosząc o pomoc. I tę pomoc dostali, często nawet nie tylko w postaci materiału w gazecie, ale także rozwiązania dręczącego ich problemu.

Bo dziennikarzy tabloidów instytucje boją się jak zarazy. Próbują zamknąć drzwi przed ich nosami, a kiedy się nie udaje, starają się jak najszybciej zapobiec dalszemu nalotowi kreatur dziennikarskich i rozwiązują dany problem od ręki. Wiele razy kiedy wchodziłam z fotoreporterem do firmy czy instytucji, na nasz widok ludzie chowali szeleszczący tabloid pod stół udając, że nas nie znają i uważają za ścierwo. A kiedy wychodziliśmy, przez szyby w drzwiach widziałam jak wyciągają gazetę spod biurka i kończą czytać to, co zaczęli przed naszą wizytą. Synowie i córy marnotrawne. Pocieszające jest jednak to, że pracując w tabloidzie, rozwiązałam więcej problemów czytelników niż kiedy pracowałam w tygodniku, dzienniku i telewizji razem wziętych. Ale to było kiedyś, może dziś jest już inaczej.

Dziennikarz to znaczy…

Jako stażystka w tabloidzie trafiłam na dobrych dziennikarzy. Miałam szczęście. Sądzę, że udało mi się przyjść w letnio dobrym momencie i odejść w ostatniej chwili, zanim wszystko się zepsuło. Patrzyłam jak moi doświadczeni koledzy pod presją szefów działów i wydawców,zmieniają swoje dobre teksty w gówno – bo czytelnik tego właśnie pragnie. I faktycznie, kiedy pisaliśmy teksty dłuższe, o sprawach ważniejszych, bardziej złożonych, ambitniej podchodząc do tematu, sprzedaż gazety w danym dniu malała. A kiedy pisaliśmy prosto, jasno i do celu – Alleluja i do przodu, dajmy ludziom trochę smrodu – sprzedaż skakała wysoko do nieba, rączki w górę, jazda, byle dalej. Stało się jasne, że gazeta walczy o czytelnika, że rozpoczął się bój o przeżycie.

Znam wielu dziennikarzy, którzy od tamtej pory migrują między tabloidami, biorąc udział w nierównej walce o przetrwanie, honor chowając do kieszeni. Znam też wielu, którzy polegli w boju, bo nie mogli wytrzymać tego, że wychodząc z redakcji zostawili jeden tekst, a drugi, całkiem już inny, pojawiał się rano w gazecie. Tekst w tabloidzie przed trafieniem do wydania, przechodzi przez bezlitosny magiel szefa działu i wydawcy, czasem także naczelnego gazety. I dziennikarz nie ma nic do powiedzenia o tym, co w jego tekście znaleźć się powinno. Mało kto ma odwagę, by powiedzieć nie. Zbyt łatwo jest stracić pracę, a zbyt trudno później ją znaleźć. Trzeba być trochę prostytutką, która wie komu dawać i trochę patologiem, który umie pokroić trupa, znajdując w nim więcej niż inni.

Patrzyłam jak moi doświadczeni koledzy pod presją szefów działów i wydawców,zmieniają swoje dobre teksty w gówno – bo czytelnik tego właśnie pragnie. I faktycznie, kiedy pisaliśmy teksty dłuższe, o sprawach ważniejszych, bardziej złożonych, ambitniej podchodząc do tematu, sprzedaż gazety w danym dniu malała. A kiedy pisaliśmy prosto, jasno i do celu – Alleluja i do przodu, dajmy ludziom trochę smrodu – sprzedaż skakała wysoko do nieba, rączki w górę, jazda, byle dalej. Stało się jasne, że gazeta walczy o czytelnika, że rozpoczął się bój o przeżycie.

Tabloid był dla mnie lekcją dziennikarstwa. Spotkałam tam wielu dobrych dziennikarzy i kilku złych. Przeszłam lekcję pokory, kilkunastostronicowych sprostowań, bohaterów materiałów mijających się z prawdą i mówiących prawdę mimo wszystkich przeciwności. Nie stałam się hieną, mimo że kilka razy podałam dłoń komuś, o kim za chwilę napisałam bardzo źle. Tabloid jest lepszą szkołą dziennikarstwa niż pięć lat studiów na tym kierunku. Żaden wykładowca nie nauczyłby mnie, jak pracować pod presją czasu, pieniędzy i szurniętej szefowej działu.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej.