ADUŚ W KRAINIE ZŁA

Autor: data: 28 Maj, 2016 Sytuacje

Ładny dziś dzień, prawda? Słońce świeci tak samo, jak tamtego popołudnia, kiedy Aduś przeleciał nad ogrodzeniem skansenu, i z cichym plaśnięciem wylądował w wysokiej trawie po jego drugiej stronie. Wiesz, Aduś miał takie piękne oczy. Takie mądre. Do ostatniej chwili wpatrywał się w twarz Łucji, która trzymając go na rękach, próbowała wytłumaczyć, że nie wszyscy ludzie są źli.

Cześć, jestem psem, zwyczajnym, takim jakie mijasz przechadzając się ulicami miast i wsi. Mam ciemne zmierzwione futro, długie łapy, pyszczek i nos w typie kundla. Uszy, spore, opadają mi na oczy, zasłaniając rażące promienie słońca, kiedy klapa bagażnika otwiera się z łoskotem, a jakiś człowiek, chyba mój właściciel, którego tak kochałem, szarpiąc wyciąga mnie za tylne łapy, bierze rozmach, i z całej siły przerzuca przez wysoki mur.

Leżąc w wysokiej trawie walczę o każdy oddech. Płuca, wciąż pełne śluzu po tym jak wyczołgałem się z głębokiej wody ratując się przed utonięciem, ledwo dostarczają mi tlenu. Mam tyle kleszczy, że nie wiem już, czy nie są częścią mojej skóry. Jestem tak chudy, że nie mam siły nawet podnieść głowy. Po drugiej stronie muru słyszę trzaśnięcie drzwi samochodu. Cichnący warkot silnika. Mój pan właśnie odjechał. Zamykam oczy. Resztkami sił skowyczę cichutko, prosząc żeby wrócił. Nie wraca. Zamykam oczy. Wokół mnie coraz więcej much. Obsiadają mnie, jakbym był już padliną.

13226806_647495805415092_5460022040868382353_n

Ania, ratuj!

– Doprowadzenie psa do takiego stanu nie trwało kilka dni. To musiały być tygodnie, miesiące, podczas których pies niewyobrażalnie cierpiał.

13 maja 2016 roku. Wczesne popołudnie. Pracownik  Skansenu Kurpiowskiego w Nowogrodzie pod Łomżą wychodzi na plac. Zrządzenie losu kieruje go w kierunku muru, tuż obok drogi. Z początku słyszy tylko bzyczenie much, cichy szelest liści na wietrze. Podchodzi bliżej. Zamiera z przerażenia. Pod murem leży pies. Martwy, bo nie rusza się, i obsiadły go muchy. Skrajnie wychudzony, oblepiony wydzielinami, z lekko otwartym pyskiem. Pracownik podchodzi bliżej. Łapie za telefon. Wykręca numer, i łamiącym się głosem prosi o pomoc kobietę, która od lat ratuje psy w całej Polsce. – Ania, słuchaj, ten pies chyba żyje. – szepcze do słuchawki.

Pies leżał koło płotu jakby ktoś go przerzucił. Pozbył się problemu. Widoku nie da się opisać. Zdjęcia i filmiki nie pokazują realnego stanu Adusia. To było coś okropnego. Pies leżał z ledwością  oddychał. Łzy same cisnęły się do oczu. On za każdym razem łapał powietrze jakby to było jego ostatnie – relacjonowała Anna kilka godzin później.

– Doprowadzenie psa do takiego stanu nie trwało kilka dni. To musiały być tygodnie, miesiące, podczas których pies niewyobrażalnie cierpiał. Do tego stan płuc wskazuje, że niedawno musiał się topić, i sam zdołał się uratować – dodaje Łucja Lenartowicz, która razem z Anną, i Katarzyną Śliwa Łobacz z fundacji Mondo Cane w ciągu paru minut zdecydowały się ruszyć na ratunek.

Skóra i kości

Jeszcze tego samego dnia pies zostaje przewieziony do niewielkiej przychodni weterynaryjnej w Łomży. Weterynarz z początku nie daje mu żadnych szans na przeżycie, ale po rozmowie z Łucją, Anną i Katarzyną, jednak decyduje się zrobić wszystko, żeby psa ratować. W ciągu kolejnych godzin, na portalu Facebook pojawia się wydarzenie, do którego dołączają ludzie z całej Polski. Wielu deklaruje wsparcie finansowe. Ratujcie tego psa! – wpisują w komentarzach.

Kilka godzin późnej, weterynarz jedzie na Komunię. Pies zostaje sam w przychodni. Podłączony do kroplówek, walczy o życie. Jego stan jest krytyczny, ale rosną szanse na to, że da się go uratować. On nie może być tam sam. – pisze na Facebooku Łucja. Uczestnicy wydarzenia przyznają jej rację. Mimo że inny weterynarz, który akurat wyjechał do cielącej się krowy, ma przyjeżdżać i doglądać Adusia (takie imię nadała mu Ania, zaraz po znalezieniu psa w skansenie), zapada decyzja o przewiezieniu psa do Warszawy. I znów ludzie wpłacają pieniądze na leczenie w klinice, a dwie kobiety deklarują, że przewiozą psa jeszcze tego samego dnia. Samochód jednej z nich na kilka godzin zmienia się w karetkę. Aduś, z przyczepionym do łapy wenflonem, kroplówką zawieszoną pod sufitem, leżąc na kocach i kołdrze, jedzie do Warszawy.

13239027_649234768574529_3693872890195478300_n

Osobowy samochód zamieniony w karetkę. Pies w drodze do kliniki. 

Ma w sobie taką wolę życia, że nawet sam zdołał wskoczyć do samochodu. Przez chwilę stał o własnych siłach – relacjonowała Łucja kilka godzin później za pośrednictwem Facebooka, kiedy późno w nocy wróciła do domu, po wizycie w Klinice Multiwet przy Gagarina na warszawskim Mokotowie.

Łzy szczęścia, łzy cierpienia

Niedziela przynosi nadzieję. Aduś ma wykonaną pełną diagnostykę, stan jest krytyczny, ale nie beznadziejny. W niedzielne popołudnie, Łucja odwiedza psa w klinice. Nagrywa nawet filmik, na którym widać, jak Aduś podnosi pyszczek. Jest przytomny. W jego oczach tli się wola walki.

ADUŚ w klinice

Kryzys przychodzi późno w nocy. Aduś spędza kolejne godziny w klinice, pod czujnym okiem lekarzy. Jego stan jest stabilny, ale nagle okazuje się, że dochodzi do nieprzewidzianych komplikacji. Jeszcze wieczorem ludzie piszą na Facebooku, że rano przywiozą psu zabawki, koce, przyjadą go przytulić. I ciągle deklarują kolejne wpłaty na leczenie. Wydaje się, że niemożliwa jest śmierć psa. Aduś walczy. Kryzys zażegnany – pisze Łucja chwilę przed północą.

Kilkanaście godzin później, trzymając owinięte kocem zwłoki Adusia, jedzie do SGGW, gdzie zostanie przeprowadzona sekcja. – Tylko tak uda nam się złapać sprawców. Policja inaczej nie przyjmie zgłoszenia – tłumaczy Łucja.

Późno w nocy, Aduś dostał silnego krwotoku z jelit. Nie odszedł w samotności. Ludzie deklarują zbiórkę na pogrzeb na psim cmentarzu. – Nie damy rady, SGGW nie wydaje ciał po sekcji – wyjaśnia Łucja. Pisze wiadomości, odbiera telefony, odpisuje na smsy, stojąc z kocem w rękach pod budynkiem SGGW. Przez chwilę jest nadzieja, że sprawą zainteresuje się TVN 24. Tylu ludzi deklaruje pomoc. Tylu ludzi. A do dziś morderca Adusia wciąż jest na wolności.

Nowogród szuka sprawcy

Emocje emocjami, ale policja musi mieć dowody. Tylko mając wyniki sekcji, możemy zgłosić sprawę morderstwa psa i żądać ukarania sprawcy – wyjaśnia Katarzyna Śliwa Łobacz z Mondo Cane.

 Kolejna trudnością jest czas. Ludzie żyją emocjami. Dopóki te są żywe, chęć złapania sprawcy jest duża. Im więcej czasu mija, tym więcej ludzi zapomina, wygasza emocje, zaczyna zajmować się innymi sprawami. W całej Polsce codziennie dochodzi do ponad stu interwencji w sprawie znęcania nad zwierzętami, z czego większość podejmują fundacje i zwykli ludzie zatroskani losem zwierząt. W historii Adusia wątek upływającego czasu jest sporym problemem. Dni mijają, a na wyniki sekcji zwłok czeka się około dwóch tygodni. Czy do tego czasu ktoś jeszcze będzie pamiętał tego psa?

Jest spora szansa na to, że tak. Łucja, Anna i Katarzyna, nie ustają w walce o sprawiedliwość. W Nowogrodzie koło Łomży, wiszą plakaty ze zdjęciem Adusia i prośbą o kontakt, jeśli ktoś rozpoznaje psa. Dla osoby, która wskaże kata, który zgotował psu piekło na ziemi, przewidziana jest nagroda. Ludzie codziennie wpłacają pieniądze na nagrodę. Im większa kwota nagrody, tym większe szanse na złapanie mordercy Adusia.

13221712_1113359345395866_8254276763743624074_n

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”

  • pancirno

    ludzie nie chcą imigrantów przyjmować do polski a do zdechłego psa procesje jak w boże ciało

    • Lonilele

      zdechły pies > imigrant