AAA DEMOKRACJĘ TANIO SPRZEDAM. TYLKO POWAŻNE OFERTY

Autor: data: 4 Czerwiec, 2016 Opinie

Stoimy w kolejce po Wiosnę Ludów. Kobieta przede mną prosi ekspedientkę o demokrację. Ta odpowiada, że nie ma. A co jest? – pyta kobieta. Kapitalizm, odpowiada ekspedientka, i zaraz dodaje, że dziś daje na krechę, a od jutra po sześć złotych za godzinę, z odsetkami na kolejne dwadzieścia siedem lat.

800px-PilsPlac52_DSC0845

By Wistula – Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15460219

Sobota 4 czerwca. Wcześnie rano, a już tak gorąco. Ciotka rozwiesza pranie na balkonie. Matka w pracy. Bratanek idzie z kolegami pograć w piłkę. Na ulicy pusto, raz na kilka minut przejedzie jeden, dwa samochody. Smętnie jakoś, smutek wisi w powietrzu. Będzie burza? – pytam sąsiadkę, wlepiając wzrok w kawałek jej głowy wystający zza płotu. Widzę jak odwraca się na pięcie i mamrocząc coś pod nosem, rozsuwa drzwi tarasu. Wchodzi do domu, zamyka okno, firankę zaciąga. Widać nie ma ochoty rozmawiać.

Wychodzę na ulicę. Bratanek, ten co idzie grać w piłkę, akurat otwiera drzwi, też wychodzi. Piłkę trzyma pod pachą, co i raz ją podrzuca i łapie. Podchodzę i pytam jaka dziś rocznica, jakie święto. A on na to, że przecież sobota. Minę ma przy tym jakąś dziwną, jakby – podobnie jak sąsiadka – nie miał ochoty rozmawiać, bo czymś zajęty jest, coś mu myśli zaprząta, wyraźnie nie dając spokoju. Przypominam sobie, że dziś ma wolne, ale w niedzielę to ma na piętnastą do pracy. Od poniedziałku znowu szkoła, technikum jakieś, czy zawodówka.

Ruszam chodnikiem w stronę sklepu. Supersam „Borowik”. Obok osiedle, strzeżone, wysoki płot oddziela budynki od ulicy. Zerkam w górę. Młoda kobieta w białym szlafroku na balkonie pali papierosa. Jakoś ten szlafrok krzywo jej zwisa, jakby za duży, albo rozciągnięty od noszenia. Ona też, jakaś taka wymięta się zdaje, jakaś niewyraźna. Zerka na mnie, ja się uśmiecham, podnoszę rękę żeby zamachać, jakieś dzień dobry, czy coś. Nic. Zero reakcji. Wrzuca peta do doniczki i wychodzi z balkonu.

Wchodzę do sklepu. Kolejka do kasy. Koszyki pełne, ale ludzie smutni. Nieobecni tacy. I nerwowi. Jeden się pcha, drugi krzyczy że za wolna obsługa, trzeciemu mięso nie pasuje, bo na grilla ma być, a nie do duszenia; za tłuste, za bardzo poprzerastane, i z kością, a ma być bez. „To jest kiosk ruchu, ja tu mięso mam!”, przypomina mi się scena z filmu Miś. Byłby się Bareja uśmiał, że dziś mięsa w brud, tylko w portfelu pusto.

Wsiadam do taksówki. Wodę kupioną i papierosy do torebki chowam. Taksówkarz się pyta, dokąd. Przez chwilę sobie myślę, że może by tak powiedzieć, że w daleką trasę, do Pana Wałęsy, zapytać jak się dziś czuje. W końcu święto. I to nie byle jakie. Święto? – dziwi się taksówkarz – Święto to było, jak ja z żoną do Gołdapi na turnus zimowy pojechałem. Był tam taki ośrodek dla pracowników telewizji. I wtedy to nie było, że tam redaktorzy, czy jacyś ważniejsi, to już my przy nich gorsi. Wtedy to wszyscy równi byli. I jak zabawa, to zabawa. Zrobili nam wieczorek zapoznawczy, kulig był, ognisko. No i fajnie, poznaliśmy się z takim górnikiem, ja z narzeczoną, dziś żoną, i on z żoną swoją, też na turnusie. Chłop był jak dąb, to jak się kulig skończył, coś się tam wypiło, zjadło, to się dopiero bawić można było zacząć. A wtedy ci z ośrodka mówią, że już koniec imprezy, czas spać. No to my z takim redaktorem z Woronicza zaraz wzięliśmy radio, jedzenie co z ogniska zostało, i do sali takiej dużej żeśmy to wszystko przenieśli. Ktoś przyniósł wódkę, ktoś inny ogórki, smalec, chleb, krzesła się pozestawiało, stoły, i od nowa zabawa. Jak recepcjonistka z awanturą przyszła, że po milicję zadzwoni, to jej ten redaktor z Woronicza tak powiedział: Milicję? My tu u siebie jesteśmy! Jak się biedna wystraszyła, to już więcej nie przyszła. Dobra była zabawa, jest co wspominać. Bo się ludzie umieli bawić. I nie było tak, że jeden do drugiego ani be, ani me. Jak trzeba było pomóc, to się pomogło. Bawić się też można było razem. Taksówkarz to był ktoś, nie tak jak dziś, że się człowiek musi martwić, czy mu nowej opłaty za taksometr nie nałożą, albo podatku jakiego. – mówi na koniec.

„Ludzi coraz więcej, człowieka coraz mniej”, pisał Stachura w Siekierezadzie. Płacę za kurs dwadzieścia osiem i trzydzieści groszy. Wysiadam na ruchliwej ulicy w centrum Warszawy. Ja się jednak upieram, że dziś święto. Rocznica. Wielki dzień. Że się ludzie cieszyć nie chcą, że im schab nie smakuje, albo kapitalizm krew psuje – trudno, co robić. Myślę sobie, że jednak pojechałabym zapytać Pana Wałęsę, jak się dziś czuje. W końcu to on powiedział, dość proroczo, że jak się nie wie, co się buduje, to nawet szałasu nie można rozbierać, bo deszcz na głowę będzie padał.

4 czerwca 1989 roku odbyły się w Polsce pierwsze częściowo wolne wybory parlamentarne. I tak już zostało.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”