A IMIĘ JEGO ŻYD

Autor: data: 25 Czerwiec, 2014 Sytuacje

Czy dziecko, albo dorosły nie – Żyd, jest mniej warty niż Żyd? A jeśli nie jest, to dlaczego pamięć o jednych zanika pod zalewem pamięci o drugich? (ten tekst nie zachęci Cię do pójścia na Marsz Pamięci na Umschlagplatz).

27558083_l

73 lata od rozpoczęcia przez Niemców likwidacji warszawskiego getta, na Umschlagplatz zbierają się tłumy. Ryzyko, że zamiast nawoływać do pojednania, ludzie będą tam wypominać sobie winy, staje się coraz większe. Bo tam, gdzie kończą się granice pamięci o tym co wspólne, zaczyna się groźne rozpamiętywanie indywidualnych krzywd.Umschlagplatz łatwo przeoczyć.

W zwykły dzień nie ma tu zbyt wielu ludzi. Można przejść obok, raz, drugi, trzeci i dopiero po chwili zorientować się, że ten kawałek ściany, ta tablica, ten pomnik, to właśnie to miejsce. W dzień jest łatwiej niż w nocy. Głównie dlatego, że w dzień miasto wokół tętni życiem. Tramwajem, autobusem, z każdego kierunku można dojechać do Stawki 4/6, gdzie 73 lata temu znajdował się plac przeładunkowy przy kolejowej rampie. W nocy jest inaczej. Ciemniej. I straszniej. Trzeba iść pieszo. Szukać drogi. Gubić się. Zawracać. Aż w końcu dotrzeć całkiem nie tam, dokąd się chciało.

A to tylko Warszawa, tylko warszawskie getto. Obok niego, równolegle, istniały przecież i inne. I w nich rozegrały się setki tysięcy indywidualnych tragedii, w których słowa „mnie, moje, o mnie, dla mnie, moi, o moich” powtarzane są tym głośniej, im więcej czasu upływa.

Długa droga przez teren dawnego getta prowadzi od centrum Warszawy aż po granice, aż po tablicę z czterystoma imionami żydowskimi. Można iść na skróty, ale wtedy ominie się kawałek muru getta wzdłuż ulicy Grzybowskiej, przy skrzyżowaniu ze Złotą. A jeśli się ominie, nie da się wśród ciemności, pośród lepkiej ciszy, wetknąć palców w wyłomy w murze, w niewielkie dziury, których całkiem sporo obok śladów po kulach, jakby zostały wydłubane palcami szukających ratunku, wspinających się po ścianie – cegła po cegle, kropla krwi, po kropli krwi.

W końcu nie da się też poczuć lodowatego zimna, pojawiającego się i znikającego nagle. Nie da się, stojąc pośród cieni nocy, usłyszeć odgłosów strzałów, pojedynczych krzyków, tak przerażających, że przez chwilę chce się uciec. Nie da się. Ale na dobrą sprawę – czy dziś, akurat dziś, ma to aż takie znaczenie? W końcu to tylko pamięć jednostki, jednego Warszawiaka, nie Żyda, nie Żydówki. A liczy się przecież pamięć mas, Żydów, o Żydach, dla Żydów. I wciąż rozbudzane w Polakach poczucie winy. Cudzej winy za cudze grzechy, ale czy to znów takie ważne?

Golda i Jozek, Abraham i Sabina

„W 1969 r. zostaliśmy w brutalny sposób pozbawieni obywatelstwa polskiego i tym samym wypędzeni przez ówczesnego Przewodniczącego Rady Państwa Władysława Gomułkę z naszej Ojczyzny”

„Moją mamusię wydano do pociągu do Treblinki”

„Moich rodziców rozstrzelano na Umschlagplatz”

„Nigdy nie odnalazłam rodziny”

„Zostaliśmy wypędzeni”

„Odebrano nam majątek”

„Mojemu Ojcu udało się raz wyjść z Umszlagu. Wiedział lub czuł co deportacja na Wschód oznacza. Dziadek, babcia i inni kuzyni pojechali na Wschód, do Treblinki!”

To tylko kilka komentarzy, z dziesiątek dodanych na stronie wydarzenia organizowanego przez Żydowski Instytut Historyczny w 73 rocznicę rozpoczęcia likwidacji warszawskiego getta. W opisie wydarzenia garść danych… 300 tysięcy wywiezionych do obozów zagłady. Trudne do dokładnego oszacowania tysiące pomordowanych, zagłodzonych, zakatowanych i wycieńczonych. Wiersz. Kilka populizmów na temat rozmiaru tragedii i jej znaczenia. W tle garstka tych, którzy przeżyli i którzy wciąż szukają zadośćuczynienia. A to tylko Warszawa, tylko warszawskie getto. Obok niego, równolegle, istniały przecież i inne. I w nich rozegrały się setki tysięcy indywidualnych tragedii, w których słowa „mnie, moje, o mnie, dla mnie, moi, o moich” powtarzane są tym głośniej, im więcej czasu upływa.
Gdzie w tym wszystkim miejsce dla słowa „nasze”, trudno ocenić. Bo o wspólnocie w tragedii Holocaustu, sięgającej ponad naród, ponad kwestię tragedii narodu wybranego, coraz trudniej mówić.

„Mnie, moje, o mnie” – jest ważne, najważniejsze. Abel, Abrasza, Cedakiasz, Brajna, Balbina, Ewelina, Gita, Jakub, Jeremiasz… a obok Amiel, Salome, Jozek, Icek, Golda, Fajwel… To ich cienie w mroku przeszłości, ich palce wbite w dziury w murze, ich ciała spopielone, zmielone, zmiażdżone i zmasakrowane, wciąż jeszcze leżące gdzieś, nieodkryte. Ich krzyki. Słabe i wątłe Nasze i Wspólne, w obliczu niemych kamiennych tablic, w obliczu rocznic, ćwiartek, rozpoczęć, zakończeń, ostatecznych rozwiązań.

I gdy nadzieja gaśnie, w gardle zaczyna rosnąć gula, łzy płyną do oczu, a „naszego, wspólnego”, mało, coraz mniej – pojawia się światełko w tunelu. Bo w tym roku Marsz Pamięci z Umschlagplatz poświęcony jest żydowskim dzieciom, przemycającym do getta żywność. Dzieci. Nie tylko żydowskie. I nie tylko z warszawskiego getta, umierały za murami, odcięte od świata, od ludzi, od nadziei.

Zabili Stasia, Basia zje kromkę chleba

Pod wejściem do Muzeum Żydów Polskich w Warszawie spory tłum. Szczególnie ciekawa jedna grupa, stojąca na uboczu, młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, kilkanaścioro w sportowych strojach, z plecakami, jeden w tradycyjnym żydowskim stroju, z kapeluszem, pejsami, w czarnej długiej marynarce powiewającej na wietrze. Z ich rozmów da się wywnioskować, że nie są z Polski. Może Izrael, może USA.

Przyglądanie się im jest interesujące. Pochłaniające.
Jednak są takie niewygodne pytania, które czasem trzeba zadać, przerywając błogi spokój. Ryzyko jest spore. Polski dziennikarz, nie Żyd, ma spore szanse stać się w ciągu kilku sekund antysemitą. Za samo pytanie, niezależnie od tego jak bardzo obiektywne. Bez znaczenia czy pyta o restytucję mienia, o działalność Gmin Żydowskich, o dawne cmentarze sprzedawane pod biurowce, głośny artykuł z Forbesa „Kadisz za Milion Dolarów”, czy kamienicę przy ulicy Wspólnej 54 w Warszawie, którą z Żydami łączy jedynie legenda i szansa na spory zysk. Pytanie to pytanie, ryzykowne i już.

– Czy wiecie Państwo coś na temat ulicy Przemysłowej w Łodzi?

Cisza. Zaskoczenie. Jedna z kobiet podchodzi i łamaną polszczyzną odpowiada, że wie.

– Getto.

Dopytuję czy to wszystko, czy przychodzi jej do głowy jeszcze coś. Zaprzecza. Wraca do grupy. Znikają za szklanymi drzwiami. Kilka podobnych prób, kończy się całkowitą klapą. Mało kto w okolicy Nowolipki, Smoczej, Anielewicza, Dzikiej, Stawki czy Złotej wie coś więcej na temat okolic ulicy Przemysłowej w Łodzi, oczywiście poza tym, że mieściło się w tamtych rejonach getto. A dzieci? Polskie dzieci, za murem getta, w wydzielonym obozie? Jaka jest różnica pomiędzy dziećmi żydowskimi, a polskimi? Jaka jest różnica, w tym które za co zginęły: czy za szmuglowanie jedzenia, czy za sam fakt bycia dzieckiem danej narodowości?

W obozie na Przemysłowej, blisko żydowskiego cmentarza, na terenie getta, mieścił się obóz dla polskich dzieci. Jedno z najstraszliwszych miejsc w historii okupacji. Dziś na ścianie budynku, jedynego jaki został z tamtego okresu, znajduje się tablica upamiętniająca tragedię niezliczonych, zapomnianych tysięcy dzieci polskiej narodowości. Przez lata nikt o nich nie pamiętał. Dzieci. Zapomniane. Zagłodzone. Maltretowane. Poniżane. Odebrane rodzicom, nazwane sierotami, bo tak było łatwiej skazywać na śmierć. Przerażająca zbrodnia, o której tak mało się wie, tak mało mówi. Nie odbywa się żaden Marsz Pamięci. A przecież obok getto. Tak blisko, a jednak tak daleko. Pamięć. Wspólna. O czym?

„Ziemio nie kryj mojej krwi
Iżby Mój krzyk nie ustawał”

Cytat z księgi Hioba, wyryty na sporym kawałku ściany budynku przy Umschlagplatz w Warszawie. A w Łodzi przy Przemysłowej tablica. I cisza.

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”