24 GODZINY NA POKŁADZIE NAUTILIUSA. O BADACZACH ZJAWISK NADPRZYRODZONYCH

Autor: data: 16 Sierpień, 2015 Ludzie

Stałam, zupełnie sama, zatopiona w ciemnościach. Nagle w moje ciało uderzyła z ogromną siłą fala gorącego powietrza, niemal powalając mnie na ziemię. Chwilę potem zaczęłam biec. W głowie wirowało mi pytanie, dopiero co zadane przez człowieka, który mnie tu przywiózł:
– Wierzy Pani, że to co badamy istnieje naprawdę?

35862408_m

Oczy szeroko otwarte

Są wśród nas ludzie, którzy widzą i czują więcej. Mają wyostrzone zmysły, obserwują co dzieje się dookoła nich, a czego nie da się wyjaśnić za pomocą tego co znane i powszechnie uznawane za normę. Celowo używam słów „powszechnie” i „norma”, bo to co normalne dla jednych, dla innych bywa całkowitą fantasmagorią. Idąc tym tropem można przeżyć życie, mając oczy szeroko zamknięte. Negować jest łatwiej, niż spróbować zrozumieć. Można udawać, że jako dziecko nie widziało się ducha, że podczas choć jednej z nocnych zabaw na cmentarzu nie poczuło się na karku lodowatego powiewu, sprawiającego że włosy na głowie stanęły dęba, i że czasem, w nocy, nie ma się poczucia, że w domu poza nami jest ktoś jeszcze, a to wrażenie znika dopiero, gdy zapalimy światła we wszystkich pokojach.

Historie o UFO, nawiedzonych domach, demonach, kulach światła pojawiających się nagle i znikąd, bogach, Chrystusie, awatarach, aniołach, intuicji i innych tego typu zjawiskach, można uznać za bajki – w takim wypadku w ogóle nie zaczniemy przygody. Jeśli jednak mamy się w sobie choć odrobinę ciekawości, w tym miejscu pakujemy plecak i wyruszamy w wyprawę z patrolem fundacji Nautilus.

Jedyni tacy w Polsce

Fundacja Nautilus powstała w 2000 roku. Jako jedyna tego typu w Polsce ma status organizacji pozarządowej. Jednym z jej założycieli jest Robert. Wysoki, przystojny mężczyzna, na pierwszy rzut oka bardziej biznesmen, przedsiębiorca niż badacz zjawisk niewyjaśnionych. Już na wstępie należy wyjaśnić, że jego prośbą było, by nie nazywać zjawiskami paranormalnymi tego, co badają – złe skojarzenia niektórym nasuwają się same, a sceptyków nie ma co dopieszczać.

Zaraz po nim jest Gosia, krępa kobieta w średnim wieku, niezwykle sympatyczna, ciepła i pełna pasji. Kolejna Gosia, dla ułatwienia nazywana drugą, współpracująca z fundacją od wielu lat, drobna blondynka o pięknych oczach.

No i Albin, chodząca pasja i miłość do gór i zamków, o twarzy wyrzeźbionej wiatrem i oczach jak skały granitu, który podobnie jak ja, przyjechał na wyprawę po raz pierwszy. To z tą czwórką wyruszam na poszukiwanie przygody. Poza nimi w całej Polsce do „załóg Nautilusa”, jak nazywa je Robert, należy kilka tysięcy osób – drugie tyle marzy o tym, by fundacja zajęła się ich sprawą lub pomogła wyjaśnić zjawiska, których doświadczyli.

W sobotnie popołudnie docieram na umówione miejsce. Mało kto, nawet spośród współpracowników, ma szansę zobaczyć, jak wygląda siedziba Nautilusa. Posesja bez numeru ukryta pomiędzy innymi działkami. Domek, wyglądem przypominający kwadrat, zwieńczony dachem w kształcie piramidy.

Bywa zimno, głodno i potrzeba miejsca, gdzie można się przespać, przebrać, czy ustawić sprzęt.

Stare cegły, zapach drewna i kadzideł, wymieszany z kurzem pokrywającym półki pełne książek i archiwalnych dokumentów – tych, fundacja Nautilus ma najwięcej w Europie. W pokojach i na korytarzach obok podobizn „obcych”, plakatów, kadzideł, posążków, stoi sprzęt wart dziesiątki tysięcy złotych – drony, roboty, które często zostawiane są w nawiedzonych domach na długie noce i dnie, kilkadziesiąt kamer, noktowizory, mierniki pola magnetycznego, wykrywacze ruchu, krótkofalówki, kamery; jednym słowem wszystko, co wykracza poza świat czajników, kapci i ciepłych kocyków do otulania się w chłodne wieczory. Część z tego, zapakowana do pojazdu Nautiliusa, jest gotowa do wyprawy.

Samochód, stary Mercedes typu kamper, z zewnątrz wygląda jak zwyczajny turystyczny kemping. Dopiero w środku okazuje się, że te kilkanaście metrów przestrzeni, to centrum dowodzenia, mieszkanie i stacja badawcza w jednym. Nikt z fundacji nie ukrywa, że właśnie ten pojazd jest jednym z najważniejszych elementów każdej wyprawy – obserwacja nieba czy badanie nawiedzonych miejsc, trwają czasem po kilka dni. Bywa zimno, głodno i potrzeba miejsca, gdzie można się przespać, przebrać, czy ustawić sprzęt do odtwarzania nagranych materiałów „na gorąco”.

Na chwilę przed wyjazdem sprawdzamy sprzęt i ustalamy plan na najbliższe godziny – od Roberta dowiadujemy się co może się zdarzyć i na co musimy być przygotowani. Opuszczamy bazę siedząc w pojeździe i jakby za sprawą palca bożego, nie możemy wyjechać z miasta przez kolejne pięć godzin. Raz przeżywamy awarię sprzętu, za drugim zapominamy zabrać ważne dokumenty. W końcu się udaje. Kierunek wyprawy jest niemniej niesamowity niż cały jej przebieg.

Bliskie spotkania

Zdany to maleńka wieś pod Siedlcami, w województwie mazowieckim. Walące się drewniane domki, stojące tuż przy drodze. Górujące nad nimi stodoły i kwadratowe domiska z białej cegły. Nic nadzwyczajnego, cisza, spokój i zachód słońca nad polami kukurydzy – to obraz widziany zza szyby samochodu, przejazdem, bez wglądu. Pod nim kryje się jednak całkiem inny, bolesny, nieco zapomniany. We wsi panuje przeraźliwa cisza. Przydrożne kapliczki ustawione jedna obok drugiej, kilka z nich naprzeciw siebie; kamienne Matki Boskie zaglądają sobie w oczy. Ogromne krzyże stojące tuż za płotami domostw, w kilku oknach świece. Starszych na ulicach wcale, młodzieży też, mimo że sobota wieczór. Zamiast żywych –nieufność i strach unoszące się w powietrzu nad drogami, otaczające pojazd Nautilusa jak mgła. Do tego mdły zapach tajemnicy. I gnojówki też, chociaż idzie przywyknąć.

Robert mówi, że po raz pierwszy UFO pojawiło się nad Zdanami w grudniu 2005 roku. Kolejny raz miesiąc później. Dwóch policjantów jadących starym polonezem, utknęło na środku ruchliwej drogi. W samochodzie nagle wysiadło zasilanie, obaj poczuli, jak ich ciała drętwieją. Przez dobrych dwadzieścia minut się nad samochodem i polem unosił się nieznany obiekt. Kiedy odleciał, wszystko wróciło do normy. Ludzie, którzy widzieli UFO na własne oczy, dziś nie chcą już o tym rozmawiać – media świadomie zniszczyły im życie, szukając sensacji. Obcym drzwi nie otwiera się, wstęp tylko dla swoich. Nie pytać, nie zagadywać, nie obserwować – jeśli oczywiście nie ma się ochoty na bliższe spotkanie z widłami.

Obserwując przez wiele godzin Roberta, Gosię, Gosię drugą i Albina, szybko nauczyłam się że w badaniu zjawisk niewyjaśnionych liczą się uwaga, czujność, koncentracja i całkowite otwarcie wszystkich zmysłów na zewnętrzne bodźce.

Przejeżdżamy obok kilku posesji, zjeżdżając w polną drogę. Kilku mieszkańców obserwuje nas zza firan. Przed nami majaczy zarys lasu; wręcz puszczy, jeśli uznać rozległość połaci, wielkość drzew i chłód bijący z jego głębin. Kilka strachów na wróble, jeden pijak pchający rower, od kilku minut kołyszący się w rytm wiatru. I my.

Słońce zachodzi szybko, ale Robertowi udaje się wypuścić w powietrze drona z kamerą. Chodzi o to, żeby zarejestrować obraz wsi i pól z lotu ptaka; pewne zjawiska są lepiej widoczne z odpowiedniej perspektywy. Kiedy dron ląduje bezpiecznie na ziemi, Robert odtwarza nagranie z kamery – nic szczególnego, żadnych oznak UFO, za to ładne widoczki.

Po zapadnięciu zmierzchu, zabieramy się do obserwacji nieba. Noktowizory z funkcją nagrywania, specjalistyczne lornetki, laserowe wskaźniki, którymi można zaznaczać wybrane punkty na niebie, siedziska, koce, latarki… Wszystko to jest atrakcyjne, nęcące, nowoczesne, ale tak naprawdę nie zastąpi obecności czworga – ze mną pięciorga – pasjonatów. Obserwując przez wiele godzin Roberta, Gosię, Gosię drugą i Albina, szybko nauczyłam się że w badaniu zjawisk niewyjaśnionych liczą się uwaga, czujność, koncentracja i całkowite otwarcie wszystkich zmysłów na zewnętrzne bodźce.

By odróżnić „niewyjaśnione” od „normalnego”, potrzeba ogromnych pokładów dystansu i spokoju. Tak bardzo zazdrościłam im, że spokojnie siedzą na polu, nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze szmery dobiegające z lasu ani na dziwne podmuchy gorącego powietrza, uderzające w ciało nagle, z każdej strony i znikające po kilkunastu sekundach. Pierwszy raz poczułam takie uderzenie, stojąc samotnie pośrodku pola. Bezradność w takiej chwili zamienia się w paniczny strach, a chęć ucieczki zabija ciekawość – nigdy wcześniej nie biegłam tak szybko. Po kilkunastu minutach Albin i Robert potwierdzili, że to co poczułam nie było fikcją. Udało im się zrobić zdjęcia. Zwykły aparat okazał się wystarczający, by uchwycić duże kule unoszące się nad polem w bliskiej odległości od nas. Te kule mogą być wszystkim, niczym, „kimś”, „czymś” lub po prostu złudzeniem optycznym. Może być jednak i tak, że Zdany to miejsce, gdzie obcy ciągle prowadzą eksperyment. Nie jedyny i nie ostatni, jeśli oczywiście uznać, że istnieją i faktycznie interesują się naszą cywilizacją.

Halo, tu Ziemia, albo…

Wróciliśmy do bazy Nautilusa późno w nocy. I tu mógłby nastąpić koniec tej historii, chyba że ktoś chciałby poczuć, jak to jest spędzać noc w miejscu, w którym znajdują się setki archiwalnych dokumentów dotyczących niewyjaśnionych zjawisk, gdzie nocą skrzypi podłoga, kamery rejestrują możliwą obecność duchów, a przygaszone światło kominka sprawia, że pięcioro ludzi siedzi przy stole, prawie do świtu rozmawiając o życiu, magii, UFO, duchach i demonach. Właściwie nie byłoby nic szczególnego w tym, że kiedy wszyscy rozeszli się spać (część do pojazdu, część na kanapy), zostałam sama. Nie robiłam nic szczególnego; przejrzałam archiwum (zaledwie ułamek, lecz jednak), przyjrzałam się nagraniom z kamer, obejrzałam wszelki dostępny sprzęt, kilka książek o duchach. Sen nie chciał nadejść. Nie byłam pewna ani tego co przeżyłam w Zdanach, ani w jaki sposób powinnam to rozumieć.

Weszłam do kuchni. Postanowiłam, że przygotuję wszystko do śniadania. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak podobny jest ten pokój do kuchni w mieszkaniu mojej babci.
Każdy z nas ma kogoś, kogo traci bezpowrotnie. Dla mnie kimś takim była właśnie moja babcia. Łączyły nas dusze i kilka drobnych przedmiotów, których po jej śmierci nie udało mi się zabrać z jej domu – straciłam je bezpowrotnie, wciąż odczuwając ogromny żal, że nie mogę mieć przy sobie choć jednego z nich. Nagle poczułam tęsknotę, uderzającą we mnie z ogromną siłą, podobną do fali gorąca, której obecności doświadczyłam na polu kilka godzin wcześniej. Pomyślałam o babci. Nie przerywałam nakrywania do stołu. W pewnej chwili, zwyczajnie zabrakło mi sztućców. W pierwszej uchylonej szufladzie, zamiast nich znalazłam… starą puszkę po herbacie, identyczną jak ta babcina, którą przez dwadzieścia trzy lata oglądałam i czyściłam niemal każdego dnia, ciągle zastanawiając się czy wysypać z niej mającą czterdzieści lat herbatę. O tę puszkę toczyłam z babcią wojny, przegrywając je za każdym razem, kiedy odkrywała że przestawiłam ją z kredensu w inne miejsce. Czyściła ją z kurzu moja mama, czyściłam i ja. Puszka była z nami, kiedy całymi godzinami przesiadywałyśmy w kuchni, a kiedy babcia umarła, jej losy stały się nieznane.

Jeśli zapytacie mnie teraz czy dzięki fundacji Nautilus uwierzyłam w zjawiska niewyjaśnione, by wam odpowiedzieć spojrzę na starą puszkę po herbacie, stojącą na nocnej szafce w moim domu. I zapytam:

– A Wy? Czy uwierzyliście, że to co badają, istnieje naprawdę?

Sandra Borowiecky to jedna z najważniejszych postaci dziennikarstwa młodego pokolenia. Kontrowersyjna, ironiczna, błyskotliwa autorka kilkuset reportaży i artykułów o tematyce społecznej i gospodarczej. W wieku 16 lat pracowała w Super Expressie, potem Radiu Kolor, telewizjach: TVN, TTV, TVN Turbo i Superstacja. Przez dziesięć lat pisała dla gazet lokalnych i ogólnopolskich: Mieszkańca, Gazety Bankowej, Uważam Rze, magazynu Żyj Zdrowo i Aktywnie. Przez pięć ostatnich lat prowadziła dziennikarskiego bloga, który po ogólnopolskim sukcesie reportażu „Wyzysk Polski” przekształciła w niezależny magazyn reporterski Szpalta. Borowiecka jest także autorką scenariuszy sztuk teatralnych „Emigrantka” i „Szeptem do mnie mów”. Ma na swoim koncie powieść napisaną w wieku dwudziestu lat „Przypadek Agaty W.”